Mercedes AMG GT Coupe
Mercedes AMG GT Coupe: Wielka turystyka

Nie ma bardziej elektryzującego w motoryzacji duetu liter niż akronim „GT”. Czasami zapominam jednak o tym, że nie oznacza on „Grand Theft”, tylko „Gran Turismo”. Tak były historycznie oznaczane samochody do wielkiej turystyki.

Patryk Kościelniak
Patryk Kościelniak
Kiedy mamy wolną chwilę i przestrzeń budżetową, ruszamy z Kasią na południe Polski, bo na północy bywamy wystarczająco często – odwiedzamy tam rodzinę. Gdy jednak jest to decyzja czysto turystyczna, palec na mapie Google zawsze ląduje na południu. Albo Tatry, albo mniej wymagający i bardziej szkocki Beskid Żywiecki. Redaktor naczelny CA wyznaczył przy okazji zadanie sfotografowania i opisania nowej odsłony znanego od lat modelu Mercedesa-AMG GT. Zadanie, jak nietrudno się domyślić, bardzo atrakcyjne, ale od razu rodzące pytanie o pojemność bagażnika i spalanie. Co do przyjemności z jazdy po zakrętach południowej Polski nie mieliśmy żadnej wątpliwości. Jesienna wiosna tego roku na południu nie obowiązywała. To Mazowsze wraz z północą Polski stało w opozycji do czerwcowego kalendarza. Tak czy owak, nasze torby o wymownej nazwie „Basecamp” wypełniliśmy ubraniami zwanymi funkcjonalnymi, czyli po prostu ciepłymi bez względu na pogodę. Zawsze, gdy mamy jechać samochodem na południe, zabieramy tyle rzeczy, ile się da. Tak jakbyśmy mieli robić atak szczytowy na Wielką Rycerzową bez tlenu, z czterema obozami po drodze. Wielka Rycerzowa wbrew swojej lekko ironicznie brzmiącej nazwie wznosi się na wysokość 1226 m n.p.m. My jednak mamy swoje zasady – dużo ekwipunku, bo przecież nie nazywamy tego bagażem jak jacyś amatorzy. Pozostało jedynie skonfrontować nasze wysokogórskie ego z samochodem z parku prasowego Mercedesa.
Pojechałem odebrać auto na ulicę nazwaną na cześć założyciela marki w Warszawie. Podpis, kluczyki – jak zwykle, bez rytuału opowieści, czym jest ten samochód. Spotykają się przecież specjalista z MB i dziennikarz, który zawsze wie lepiej, więc nie ma co mu tłumaczyć. Nie czuję się za bardzo dziennikarzem ani fotografem. W angielskim funkcjonuje określenie „photojournalist”, w języku polskim fotożurnalistów nie ma. Wysuwa się klamka z drzwi – jakoś nie jestem wielkim fanem tego rozwiązania. Otwieram auto i prawą dłonią po ustawieniu fotela i lusterek odnajduję przycisk START. Auto jest ciemnoszare z czarnymi dodatkami. Nie odczytuję charakterystycznego, w tym wypadku czarnego, emblematu AMG na ciemnoszarym błotniku. Zamiast V8 Bi-Turbo S jest tam tylko sam napis „TURBO Electrified”. Orientuję się za to po dźwięku silnika. Jestem fanem hot hatchy, więc dźwięk 2.0 turbo rozpoznam o każdej porze dnia i nocy, tym bardziej że z Kasią, roboczo nazywaną Kaziemierą, tylko takie auta tolerujemy w życiu prywatnym. Nie ma znaczenia marka. Dźwięk silnika jest czytelny, wydechów też. Dochodzą przecież z przeciwnych kierunków. Tak, nie doczytałem wcześniej, że krytykowana idea czterocylindrowych silników w klasie C AMG dotarła też do zbudowanego na bazie SL-a AMG GT.
Patryk Kościelniak
Patryk Kościelniak
To, co połknęliśmy w klasie A lata temu, w większych samochodach spod znaku „Aufrecht Melcher Großaspach” budzi w nas oburzenie. Dlaczego nie V8? Spokojnie, V8 też jest. Mocne bardzo, ale i drogie. No i przede wszystkim czteronapędowe. W naszym AMG GT wylądował silnik z klasy A – w dużym uproszczeniu silnik z hot hatcha, wrzucając go do jakiejś rynkowej szuflady. Pierwszy raz jednak z napędem na tył. I tu zaczyna być ciekawie. AMG GT jako dwulitrowa ośka? 421 koni mechanicznych uzyskanych dzięki zelektryfikowanym turbo. Po dotarciu na naszą Saską Kępę w korkach piątkowej Warszawy, telepiąc się po ulicy Berezyńskiej, a potem pofalowanej niczym szkodami górniczymi trasie pod Katowicami, pierwszy raz poczułem lekkość przodu tego auta. Dwukrotnie mniejszy silnik od tego, w który to nadwozie zwykle było wyposażone, z układem napędowym pozbawionym napędu na przód – wszystko to powoduje ogromny spadek masy AMG GT w najnowszej odsłonie. Czas na to, żeby się o tym przekonać, będzie już na południu Polski, gdzie zakręty są czysto oesowe. Oczywiście, nas, turystów lądujących w samochodzie za niemal 800 000 zł tylko od czasu do czasu, interesowało spalanie. Jako że ludziom jak my nie grozi zakup auta za takie pieniądze, a tym, którzy mają taką możliwość, pewnie nie robi różnicy więcej tankowań, to mimo wszystko mam wrażenie, że spalanie poniżej 8 l/100 km w trasie daje nam luksus ominięcia dwóch kolejek po hot dogi na stacjach benzynowych na 421-kilometrowej trasie.
Droga wyznaczona nam przez Google spod domu była o tyle zabawna, że pokazuje dokładną moc tego auta. Piszę o tej mocy jeszcze raz, bo kocham tory wyścigowe i motosport. Kocham po amatorsku, ląduję na nich od wielkiego dzwonu parę razy do roku. Czterysta dwadzieścia jeden koni to naprawdę wystarczająca moc dla każdego fana sportowej jazdy. To, co jest najważniejsze, to przecież waga. Nie byłem asem z fizyki w szkole – było to zresztą dawno, ale nie tak dawno, żeby nazywać to kompletami – jednak z lekcji i z doświadczenia wiem, że żadna moc nie powetuje nam strat wynikających z wagi. A między najmocniejszym AMG GT z mitycznym prawie V8 a naszym dwulitrowym ta różnica to 400 kg (czterysta)! Wiadomo, że przyspieszenie dwulitrowca będzie gorsze – 4,6 s w porównaniu ze wspartym hybrydą 2,8 s. Może polecą w moim kierunku kamienie, jak w „Żywocie Briana”, ale uważam, że dwulitrowe AMG jest bliższe historycznym założeniom dotyczącym wozów sportowych oraz idei aut GT, czyli do wielkiej turystyki. Podsumujmy: prawdziwy napęd na tył i lekki silnik, choć może pozbawiony momentu jednostki ośmiocylindrowej, ale co z tego. O 400 kg mniej niż „legitne”, mocne AMG. Spalanie jak w zwykłym samochodzie trzymającym Cię z dala od zatłoczonych autostradowych stacji benzynowych. Dojechaliśmy z Katarzyną, zużywając pół baku mimo załadowania sporego bagażnika dużą liczbą rzeczy potrzebnych do zdobywania beskidzkich szczytów.
Cena tego samochodu to jednak wciąż ponad 626 000 zł. W przeciwieństwie do klasy C AMG, którą kupuje się jako auto nierzucające się zbytnio w oczy – zgodnie z założeniem „If you know, you know”, czyli „pozdro dla kumatych” – to AMG GT jest autem, które ma wyglądać, robić wrażenie, odwracać głowy i być wszystkim, tylko nie anonimowym samochodem, gdziekolwiek się znajduje. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale mam wrażenie, że ostatnia sytuacja, w której można było mieć SL-a w wersji coupé – czym niejako jest AMG GT – zdarzyła się za czasów generacji W107, kiedy był dostępny model SLC. I ja wciąż wolę tamto stosunkowo lekkie SLC. To kolejny dowód na to, że dwulitrowe AMG GT ma w sobie wiele z początkowych założeń Aufrecht Melcher Großaspach.
Patryk Kościelniak
Patryk Kościelniak
Patryk Kościelniak
Patryk Kościelniak


Czytaj więcej