Porsche 911 (964)
Porsche 911 (964): Milord wzywa!

Jakub Mieszka w Trójmieście, choć pochodzi z Mazur, gdzie pomaga prowadzić rodzinny interes. Mimo że studiował geodezję, robił wszystko, by pracować w branży motoryzacyjnej. I udało się
– głównie z marką Škoda. Zaczynał od handlu, dziś – jak sam mówi
– jest człowiekiem od zadań specjalnych.

Jakub Ziółkowski
Zdjęcia: Paweł Klein
Motoryzacją interesował się od dziecka,
zawsze była gdzieś obecna w jego życiu
„Z tego, co opowiadają rodzice – bo sam tego nie pamiętam – moją pierwszą grzechotką, na którą reagowałem, były kluczyki od auta. Motoryzacja jest obecna w moim życiu od zawsze. Tato mocno mnie w ten świat wciągnął. Pamiętam, że już jako trzylatek siedziałem u niego na kolanach i razem prowadziliśmy auto. A gdy tylko nogami zacząłem dosięgać pedałów, jeździliśmy po polnych drogach – właśnie po to, żebym mógł sam prowadzić. To była dla mnie czysta frajda. I tak zostało do dziś. Samochód to w moim odczuciu coś więcej niż środek transportu. To przestrzeń, w której mogę się wyciszyć, oderwać od codzienności, zebrać myśli. Czasem po prostu wsiadam i jadę przed siebie bez konkretnego celu. Dla mnie to sposób na złapanie oddechu”.
Pierwszym samochodem był (i jest) czarny Golf I Cabrio z 1989 r. w pakiecie Karmann. „Mam go do dziś i raczej zostanie ze mną do końca życia. Historia z nim związana jest bardzo osobista. Mój tato był ogromnym fanem Golfów I – zresztą tak samo jak ja. Miał ich kilka, dziadek też jeździł »jedynkami«, można więc powiedzieć, że to taka nasza rodzinna tradycja”.
Zaczęło się, kiedy miał 11 lat, razem z tatą poszukiwali samochodu dla mamy. „Wpadliśmy wtedy na pomysł, żeby – oficjalnie – kupić samochód dla mamy. Ale prawda była taka, że to miała być odskocznia dla mnie i taty. Od samego początku wspólnie przy nim dłubaliśmy, jeździliśmy razem na eventy motoryzacyjne. Wsiąkałem w ten świat, śledziłem fora internetowe, łapałem motoryzacyjne trendy i oczywiście, chciałem modyfikować auto »na grubo«. Tacie nie zawsze podobały się moje pomysły – był raczej za klasyką. Mówił, że jak zarobię swoje pieniądze, to będę mógł robić, co chcę. Jednym z pomysłów była zmiana felg. »Zarób na to sam, to wtedy je zmienisz«. I to stało się moim konikiem. Dzisiaj mam kilkadziesiąt kompletów obręczy do moich aut. Uwielbiam je zmieniać, bawić się nimi, eksperymentować. Zawsze się śmieję, że tak jak lubię zmieniać buty na nogach, tak lubię zmieniać »buty« moich aut – felgi to dla mnie biżuteria samochodu.
Niestety, mój tata zmarł sześć lat temu – przegrał walkę z nowotworem. I właśnie dlatego ten samochód ma dla mnie jeszcze większą wartość. To nie tylko moje pierwsze auto. To coś, co budowałem razem z tatą. Dlatego Golf zostaje ze mną na zawsze. W przyszłości chcę go rozebrać do ostatniej śrubki, odnowić i złożyć jak nowy. Może nawet postawić go kiedyś za szybą w garażu, żeby po prostu patrzeć i wspominać. To kawałek mojego życia i wspomnień, których nie da się zastąpić niczym innym – to historia mojego dorastania, wspólnej pasji z tatą i pierwszych motoryzacyjnych kroków”.
Ale to niejedyny Golf w kolekcji…
„Mam też Golfa I GLS z 1977 r., w pełni oryginalnego, w automacie – to prawdziwy biały kruk. Trzecia »jedynka« to projekt z 1982 r., który buduję jako replikę Berg Cup – auta do wyścigów górskich. Będzie poszerzona, z klatką i konkretnymi modyfikacjami w stylu racingowym.
Cayman 987, Porsche Cayenne I po lifcie oraz Porsche 911 (964), czyli spełnienie moich dziecięcych marzeń, które cały czas w sobie nosiłem. Gdy byłem mały, to zawsze Porsche były tymi zabawkowymi autami, które mnie kręciły. I to konkretnie stara »dziewięćsetjedenastka«. Model 964 był tą wymarzoną wersją, do której dążyłem latami. Cayman pojawił się w moim życiu trochę jako przetarcie szlaku.
964 kupiłem dopiero w marcu tego roku – po siedmiu latach intensywnego szukania właściwego egzemplarza, z odpowiednim wyposażeniem i w akceptowalnej cenie. Chciałem, żeby był dokładnie taki, jak mój Golf – czarny z zewnątrz, czarne skóry w środku. Chcę nim jak najwięcej jeździć. Nie jestem kolekcjonerem, który trzyma auta w garażu i czeka, aż wzrośnie ich wartość. Uważam, że najlepsze historie powstają właśnie w trasie, a nie w garażu. 911 to dla mnie naturalny kierunek jako dla kogoś, kto od zawsze kocha Volkswagena. W gruncie rzeczy mogę powiedzieć, że jestem po prostu fanem całej Grupy VW. I myślę, że wielu chłopaków w moim wieku jarających się motoryzacją ma gdzieś tam w głowie to marzenie: »kiedyś Porsche«. 964 z jednej strony klasyczne, z drugiej – już bardziej współczesne technicznie. Jest w nim wszystko: charakter, linia, zapach wnętrza, dźwięk silnika, historia. To właśnie stara »911-ka« robi większe wrażenie na ulicy. Nawet jeżdżąc mocno zmodyfikowanym Caymanem, widzę, że to 964 przyciąga więcej spojrzeń — nie dlatego, że głośne czy krzykliwe, tylko dlatego, że jest czarne, klasyczne, z charakterem. Taki złoty środek. Na wybór wpłynęły też filmy. Choćby »Bad Boys« z tym czarnym 911 Turbo — 964 robiło tam niesamowite wrażenie.
Specyfikacja? Moje Porsche 964 to wersja poliftingowa z 1992 r. – Carrera 2, czyli tylny napęd, silnik 3.6 bokser chłodzony powietrzem. Ma automatyczną skrzynię Tiptronic, choć początkowo szukałem manuala. Ale ostatecznie stwierdziłem, że skoro Cayman jest w manualu, to 964 może być w automacie. Powiększony bak 92 l, deska obszyta skórą (nie taka zwykła, plastikowa), brak emblematu »Carrera 2« na tylnej klapie – i to wszystko fabrycznie, zgodnie z VIN-em”.
Zakup wymarzonego 964 był prawdziwą przygodą!
„Długo wisiał – nikt go nie chciał kupić. Nie wiem dlaczego, bo moim zdaniem jest perfekcyjny. Może ludzi zniechęcał przebieg – 222 tys. km. Dla mnie jednak to tylko dowód na to, że auto było użytkowane, a nie stało w garażu pod kocem. Decyzja o zakupie zapadła dosłownie z dnia na dzień, chociaż samą aukcję śledziłem od miesięcy. Mocno zmotywował mnie też kumpel. Co ciekawe, wtedy nawet jeszcze nie rozmawiałem z właścicielem auta. Dosłownie dzień przed wyjazdem do niego zadzwoniłem, żeby zapytać, czy ogłoszenie w ogóle jest aktualne. Okazało się, że tak. Ruszyliśmy więc z Gdańska do Krakowa, czwarta rano, tankujemy lawetę… i na liczniku zasięg 964 km. No powiedz mi, czy to nie był znak? Dla mnie zdecydowanie był. Tym bardziej że 964 to przecież numer mojej wymarzonej »911-ki«. Poczułem, że to nie przypadek. To też był taki osobisty moment – tematy motoryzacyjne zawsze omawiałem z tatą. Po jego śmierci nie miałem już osoby, z którą mogłem pogadać o pasji. A wtedy właśnie – gdy się modliłem, pytałem w głowie, czy dobrze robię, czy powinienem to kupić – pojawiła się ta liczba na liczniku. Dla mnie był to znak od ojca, że trzyma za mnie kciuki. Zaczęło się od tego, że mieliśmy cztery pory roku w jeden dzień. Serio – słońce, deszcz, a potem nagle śnieg. W pewnym momencie myślałem, że w ogóle nie dojedziemy, bo laweta już ledwo radziła sobie na tej zimowej nawierzchni. Gdy dotarliśmy do Krakowa i auto – czarne 964 – pojawiło się przed nami na podjeździe, wiedziałem już, że to jest to. Nieważne, że budżet się nie zgadzał. Wiedziałem, że będą grube negocjacje – i faktycznie były. Właściciel okazał się mega gościem, mamy kontakt do dziś. Zresztą ma jeszcze dwa inne 964 i G-model w garażu, więc kręcimy się w tym samym świecie. Cieszę się, że auto trafiło do mnie, a on – jak mówił – też się cieszy, że znalazło się w dobrych rękach”.
Zakup 964 sprawił mu wielką radość, jednak początkowo nie chciał chwalić się nowym nabytkiem. „Bałem się trochę wrzucać auto na social media. Wiesz, jak to jest — pokazujesz coś, co kochasz, a boisz się tej dziwnej zazdrości, zawiści, oceniania. Ale ostatecznie odzew był super. Rok temu kończyłem trzydziestkę, a zawsze mówiłem: »Porsche przed trzydziestką«. No i udało się – wcześniej był Cayman, było Cayenne, ale od zawsze chciałem 911. I powiem Ci, że na moich urodzinach każdy z gości przyniósł coś związanego z Porsche — i to konkretnie 911. Świeczki na torcie? Też 911. Wtedy pomyślałem: jak teraz to się nie wydarzy, to już nigdy. To dla mnie najważniejsze auto w kolekcji, mój największy cel. Zdobyłem już swoje 964, ale to nie znaczy, że kończę kolekcjonowanie. Mam trzy Golfy »jedynki« i chciałbym też mieć kilka różnych specyfikacji Porsche 964, bo uwielbiam różnorodność. Marzy mi się też kiedyś Porsche 964 RS, ale to już zupełnie inna liga – ceny tych aut poszły w kosmos, to niemal nierealne na ten moment. Natomiast 934 RS w kolorze Rubystone Red... Serio, kolana same się uginają na jego widok. Mam też pomysły na wersję Speedster 964, a nawet chciałbym kiedyś przerobić 964 na wersję offroadową. To jest prawdziwa pasja, bo mieć jedno takie auto to coś, ale mieć kilka i je modyfikować? Może to i już jest choroba, ale też ogromna frajda. Choć trzeba przyznać, że te auta kosztują ogromne pieniądze. Może kiedyś życie napisze taki scenariusz, że będę kolekcjonerem Golfów »jedynek« i Porsche 964 — na razie jest pięknie, a marzenia dalej są żywe”.


Czytaj więcej