HISTORIA JEDNEGO ZDJĘCIA
Nowy początek - Volkswagen Typ 1
Rafał Sękalski
Zdjęcie: Volkswagen Aktiengesellschaft
To jedno z tych zdjęć, które wyglądają jak zwykła scena z fabryki, a w rzeczywistości opowiadają o czymś znacznie większym. Mamy koniec grudnia 1945 r. – pierwsze powojenne święta. Europa dopiero podnosi się z ruin, w powietrzu unosi się zapach węgla i smaru, a w hali produkcyjnej w Wolfsburgu – tej samej, która zaledwie kilka miesięcy wcześniej służyła machinie wojennej – rodzi się coś nowego. Na prowizorycznej linii montażowej stoją pierwsi robotnicy, montując silniki w małych, opływowych samochodach. To Volkswagen Typ 1, który świat pozna później jako Garbusa.

Zaledwie 55 egzemplarzy udało się ukończyć do końca 1945 r. Każdy z nich był zbudowany w warunkach niemal partyzanckich: brakowało części, prądu, nawet szkła do szyb. Hala była zimna, oświetlona żarówkami z demobilu. A jednak każdy z tych samochodów stawał się symbolem nadziei – dowodem, że mimo zniszczeń można tworzyć coś trwałego, cywilnego, potrzebnego ludziom.

Wojna zostawiła po sobie fabrykę widmo. Zbudowana dla masowej produkcji „samochodu dla ludu” – KdF-Wagena – została włączona w system zbrojeniowy III Rzeszy, a pod koniec wojny niemal całkowicie zniszczona. Gdy w kwietniu 1945 r. do Wolfsburga wkroczyły wojska amerykańskie, nie było jasne, czy zakład w ogóle przetrwa. W czerwcu fabrykę przejęła brytyjska administracja wojskowa, a wśród oficerów znalazł się człowiek, który zmienił jej los – major Ivan Hirst. Miał zaledwie 29 lat, ogromny entuzjazm i przekonanie, że te małe auta mogą jeszcze komuś służyć.

To właśnie on w sierpniu 1945 r. uzyskał kluczowe zamówienie – 20 tys. samochodów dla armii okupacyjnej. Dzięki temu produkcja ruszyła, a sześć tysięcy pracowników nie straciło pracy. Początkowo auta trafiały głównie do administracji i służb medycznych, wożąc lekarzy po zniszczonych drogach niemieckich wsi. Ale stopniowo zaczęły trafiać także do cywili, stając się prostym, niezawodnym środkiem transportu, który ułatwiał codzienne życie w kraju ruin.

Rok 1947 przyniósł kolejny przełom – pierwszy eksport. Z Wolfsburga wyjechały wówczas pierwsze Garbusy przeznaczone dla Holandii. To wydarzenie miało wymiar symboliczny: niemiecki samochód, jeszcze niedawno związany z reżimem wojennym, po raz pierwszy przekraczał granice z pokojową misją. Tak rozpoczęła się międzynarodowa kariera modelu, który z czasem trafił na wszystkie kontynenty i stał się ambasadorem nowego wizerunku Niemiec otwartych na świat.

Brytyjczycy nie tylko uruchomili produkcję – oni ją ucywilizowali. Zmienili sposób myślenia o fabryce: wprowadzili standardy jakości, szkolenia, system kontroli i sieć sprzedaży obejmującą całe Niemcy Zachodnie. W listopadzie 1945 r. przeprowadzono w zakładzie pierwsze demokratyczne wybory rady pracowniczej, zaledwie pół roku po zakończeniu wojny – wydarzenie, które dziś uznaje się za symboliczny początek nowoczesnego ducha Volkswagena.

Na zdjęciu widać skupienie ludzi pochylonych nad autem. Nie ma w tym triumfu, nie ma propagandy – jest cicha, cierpliwa praca. Major Hirst nazwał to później „inżynierią nadziei”. Wiedział, że z prostego, chłodzonego powietrzem silnika i karoserii z cienkiej blachy może powstać coś, co przetrwa dekady. I miał rację.

Kiedy w 1949 r. fabryka trafiła ponownie w niemieckie ręce, była już dobrze zorganizowanym przedsiębiorstwem, gotowym do udziału w gospodarczym odrodzeniu RFN. W latach 50. Garbus stał się jednym z motorów tzw. cudu gospodarczego, a później – ikoną wolności i młodzieżowej kontrkultury lat 60. Jego charakterystyczna sylwetka stała się rozpoznawalna na całym świecie. Do 2003 r. powstało ponad 21 mln egzemplarzy, z czego ostatni zjechał z taśmy w Puebla w Meksyku.


Czytaj więcej