FELIETON
Mama, tata i samochód.
Historie rodzinne

Dobrobyt. Nowoczesne formy finansowania. Nadmiar samochodów używanych. Przyzwyczajenie do tego, że współczesne rzeczy mają określony termin przydatności i nie warto się do nich przywiązywać. A może po prostu „nuda” dzisiejszych aut? Trudno jednoznacznie powiedzieć, co sprawia, że coraz rzadziej traktujemy samochody jak członków rodziny.

Marcin Klimkowski
Ilustracja: Patryk Kościelniak
Nie lubię, kiedy coś mi się odbiera. Nawet jeśli w zamian dostaję coś innego, większego i ważniejszego. Mam wtedy takie ogromne poczucie straty, które trudno mi zracjonalizować. Niby rozumiem, że tak to już jest, że świat idzie naprzód, tak samo jak technologia, i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, nad starociami w ogóle. Jest jednak „ale”, bo przecież serce nie sługa. Może sentyment? Może głęboko tkwiące przekonanie, że wcale nie było takie złe to coś, co odchodzi? Albo jakieś bardzo osobiste wspomnienie, które nagle woła: „moje, nie oddam”?
W każdym razie tak to u mnie działa. I dotyczy przeróżnych spraw, w tym związanych z motoryzacją (choć również z muzyką czy kinem). Czasem – gdy mowa o motoryzacji – tak absurdalnych, jak umiejętność hamowania pulsacyjnego albo znajomość patentów na odmrażanie zamka w drzwiach. Nikt z nas już nie musi hamować pulsacyjnie, to nieprzydatna rzecz, ponieważ w autach stosowany jest ABS i wręcz trzeba hamować z pełną siłą. A nowoczesne samochody nie mają żadnych typowych zamków, tylko piloty, karty lub kody. Jeśli ktoś je „zamrozi”, to zdalnie i raczej w symbolicznym, nie dosłownym sensie. No ale było tak, a nie inaczej, człowiek się przyzwyczaił, a tu nagle szlus, koniec.
I takie właśnie irracjonalne poczucie straty towarzyszy mi, kiedy myślę o samochodzie jako o członku rodziny. Kiedyś rzecz absolutnie oczywista, a dziś? Czy samochód wciąż może być – albo czy jeszcze jest – członkiem rodziny? Ochrzczonym pieszczotliwym imieniem, mytym nie na pokaz, dla innych, ale z troski, żeby był czysty i by przyjemniej spędzało się w nim czas, a on sam prezentował się dumnie na drodze?

Badania opinii są tutaj raczej sprzymierzeńcem sentymentalistów niż ich wrogiem. Dowodzą, że wcale nie przestajemy być uczuciowi jako naród. Wciąż 23 proc. Polaków deklaruje, że traktuje swój samochód z emocjami – może nie jak członka rodziny, ale na pewno jak dobrego przyjaciela czy kumpla. Dla 20 proc. z nas samochód jest na tyle ważnym (jednak) przedmiotem, że zasługuje na nadanie mu imienia, ksywki lub przydomka. Czy jednak na pewno? Może w tych badaniach kryje się pułapka? Może pytano raczej starszych kierowców, posiadaczy tych samych samochodów od lat, a nie właścicieli firm leasingujących auta czy użytkowników służbówek?
Moim pierwszym autem był Fiat 126p. Nie kupiłem go, ale odziedziczyłem po ojcu, kiedy przesiadł się do większego wozu (umówmy się, nieco większego). Nie nadałem mu imienia właśnie przez to, że go dostałem, a nie kupiłem. Za to już pierwszy samochód za własne pieniądze – Renault 21 – był tym, do którego imię automatycznie przylgnęło. Renia. Oszałamiające 74 konie mechaniczne mocy z wolnossącego silnika 2.1 D. Ogromna przestrzeń (oceniana po Maluchu), welurowe fotele. Jak ja ją kochałem, jak dbałem, pucowałem, naprawiałem i prosiłem o zlitowanie się, kiedy szwankowała. Jak prosiłem, by nie prychała, kiedy zaczęła już prychać, żeby nie chorowała, kiedy zaczęła rdzewieć. A na końcu przekazałem ją siostrze i jej mężowi, gdy już przesiadłem się do wymarzonego BMW 330xi, które zostało nowym członkiem rodziny na długie lata.

Dwie dekady wcześniej mój tato miał Poloneza. W latach 80. XX w. nie było to może prestiżowe auto, ale za to w jakiś sposób lepsze. Po pierwsze, w ogóle było. Po drugie, było naprawdę ogromne. Wreszcie – przestronne, faktycznie rodzinne, choć rodziny przecież mieściły się wówczas i w Wartburgach, Trabantach, Syrenach oraz wspomnianych już Maluchach. 

Polonez ojca miał dwie charakterystyczne cechy. Z jednej strony aluminiowe felgi – nie wiem, skąd się one wzięły, nie pamiętam, nie mam już też kogo zapytać. Któregoś dnia zostały ukradzione. Tato znalazł rano samochód postawiony na cegłach w samym środku warszawskiej Saskiej Kępy. To było irracjonalne, ale i bardzo symptomatyczne dla tego, o czym piszę. Poczuliśmy się okradzeni jako rodzina. Ojciec prawdziwie cierpiał – to nie tak, że tylko wkurzała go niedogodność. Samochód został okaleczony, tak jakby brat złamał rękę, ktoś z rodziny miał wypadek albo zachorował i musiał wyjechać na długą rekonwalescencję. Nawet nie chodziło o pieniądze (niemałe, bo trzeba było kupić nowe felgi, znaczy używane, ale inne niż te, które ukradziono), lecz o to odarcie z własności, o zranienie rodzinnego ego.

Nasz Polonez rdzewiał też niemiłosiernie na błotnikach, szczególnie lewym. W czasach niedoboru wszystkiego, w drugiej połowie lat 80., nie było na to żadnej rady. Ojciec zdobywał więc taśmę typu duct tape – dziś powszechną, wtedy niemal na wagę złota. Chyba tylko w Pewexie można było ją kupić. Pieczołowicie mierzył szerokość dziury wyżartej przez rdzę, docinał taśmę niczym aptekarz i naklejał, by ukryć wielką skazę. Żeby ten Polonez, pełnoprawny członek rodziny, jakoś po ludzku wyglądał. Jego zdjęcia pokazaliśmy potem amerykańskim kuzynom. Nasi krewni z Zachodu nie mogli uwierzyć, że takie rzeczy, jak samochód polepiony plastrami zamiast naprawy w warsztacie, w ogóle mogą mieć miejsce.

Renia, Poldek, potem była jeszcze Lusia – to u mnie. Jednak członków rodziny na czterech kołach, a czasami też dwóch, miało wielu bliskich, przyjaciół i znajomych. Może nawet wszyscy? Nikt nie myślał o aucie jako o przedmiocie. Nikt nie rozważał krótkotrwałego użytkowania – od okazji do okazji, od kupna do sprzedaży. Oczywiście, zdarzały się wyjątki: pasjonaci, którzy zmieniali auta częściej, albo tacy, którym samochody do rodzin po prostu nie pasowały. Ale trwałość decyzji i wiara w ich niezmienność były powszechne.

Po przemianach ustrojowych niewiele się pod tym względem zmieniło. Dostaliśmy samochody z zachodniego rynku wtórnego, pojawili się importerzy, nastał wolny rynek. Polskie drogi zaroiły się od nowych aut. Także tych wymarzonych, pierwszych w rodzinie, zmieniających jej status materialny (rodzina posiadająca auto to było coś zupełnie innego niż rodzina wiecznie podróżująca autobusami / tramwajami / pekaesami), windujących wręcz do absolutnego finansowego topu. Stosunek do samochodu jako ważnego dobra wciąż był jednak taki sam.

Może od dekady, a może nieco dłużej mam poczucie tej straty, od której zacząłem. Owszem, w zamian dostaliśmy wolność przemieszczania się, ale wraz z nią straciliśmy członków rodzin – a na pewno przyjaciół. Konia z rzędem temu, kto wskaże leasingobiorcę emocjonalnie związanego z jednym z identycznie wyglądających miejskich czy kompaktowych SUV-ów, które różnią się między sobą właściwie tylko znaczkiem. Albo najemcę długoterminowego, który oblicza swój związek z autem na maksymalnie trzy lata. Albo menedżera średniego / wyższego szczebla, który dostał to, co przewidziała dla niego korporacja w związku z zajmowanym stanowiskiem (Škoda dla średniego szczebla, Volkswagen dla wyższego, Audi – dla jeszcze wyższego). Albo też beneficjenta programu dopłat do elektryków, który nie będzie się z autem związywał, bo zajęty jest liczeniem raty.

W tworzeniu tych związków z samochodami – emocjonalnych, uczuciowych – właściwie nic dziś nie pomaga. Nazw nowych chińskich marek trzeba się dopiero uczyć, i to w przyspieszonym tempie. Stare, znane od lat, też straciły na długowieczności z powodu wprowadzania dziesiątek nowych modeli, wypełniających każdą niszę segmentową. Nawet odejścia (lub zmiany znaczenia) takich aut, jak Focus, Fiesta, Scenic, TT, ani dziś kogoś ziębią, ani grzeją. 

Tymczasem… No właśnie, tu nie chodzi o narzekanie, bo wiem – i Wy wiecie – że zamiast nadawania imion samochodom i fotografowania się z nimi można się dziś cieszyć czymś innym, pewnie zdecydowanie fajniejszym. Tu raczej chodzi o takie dojmujące poczucie straty. Że coś nam odebrano. A nawet jeśli dano w zamian więcej i lepiej, to szkoda.


Czytaj więcej