FELIETON

Patryk Kościelniak
Punkt A
i brak punktu B
i brak punktu B
Czy dziś droga wciąż może być celem, a nie tylko trasą do punktu B? Żyjemy w świecie, w którym aplikacje w telefonach i autach prowadzą nas tak precyzyjnie, że nie musimy już myśleć. Google Maps, Waze, Yanosik i cała reszta – jak powiedziałby mój ojciec – wyznaczają najszybsze trasy, odbierając drodze jej dawną nieprzewidywalność.
Pytanie brzmi więc: czy współczesne samochody i współczesna nawigacja odbierają nam radość podróżowania? A może to my sami oduczyliśmy się tę radość czerpać?
Zmieniło się nawet to, jak podchodzimy do siebie nawzajem, gdy mowa o samej drodze. Kiedyś, jeśli ktoś się spóźnił, bo „złapał korek”, „bo tir się rozkraczył i zablokował trasę”, traktowało się to z empatią. Było współczucie, usprawiedliwienie, odruchowe rozumienie. Ba, taka wymówka dorobiła się słusznej sławy nadużycia – komu nie zdarzyło się wymyślić „rozkraczonego tira”, niech pierwszy rzuci kamieniem…
Dziś jest inaczej. Spóźnienie z powodu korka, remontu czy nawet poważnego karambolu przestało być traktowane z pobłażliwością. W najlepszym razie wywołuje zdziwienie, w najgorszym – irytację. I to nie tyle o samo spóźnienie, ile o domniemaną nieumiejętność korzystania z technologii. „Jak mogłeś nie sprawdzić?”, „Dlaczego nie włączyłeś Google Maps, przecież wszystko jest aktualizowane na żywo?” – za tymi pytaniami kryje się coś więcej: oczekiwanie doskonałości. Świat pyta: dlaczego nie przewidziałeś, dlaczego nie zoptymalizowałeś, dlaczego nie skróciłeś? Dlaczego zamiast ułatwiać sobie życie – wydłużasz drogę?
Owszem, punktualność to kwestia kultury i szacunku. Tego nikt nie kwestionuje. Ale czy uznanie skracania każdej podróży za absolutny priorytet naprawdę ma sens? Czy wszystko, co dobre, czeka nas wyłącznie na końcu drogi? I czy droga sama w sobie stała się czymś przykrym, a czas na niej spędzony – czasem straconym?
Na to wygląda, że tak. A ja mówię temu: nie. Kiedy wszystko i wszyscy oczekują od nas przyspieszenia, ja zachęcam do zwolnienia. Do przypomnienia sobie, że droga – jak gotowanie – potrafi być przyjemnym procesem, jeśli tylko pozwolimy jej trwać. Kto lubi gotować, ten wie: pośpiech zabija smak. Warto wolniej kroić cebulę, nie pomijać drobnych czynności, odroczyć kolejne etapy, aby samo gotowanie było częścią przyjemności, a nie tylko środkiem do napełnienia talerza. Może dlatego Baskowie celebrują zarówno gotowanie, jak i biesiadowanie, a txokos są ikoną dobrze spędzonego czasu. Może dlatego włoskie spotkania przy wspólnym gotowaniu są tak magiczne – nie chodzi w nich o zaspokajanie głodu, lecz o bycie razem, o proces.
Wracając na drogę. A gdyby tak uznać, że to właśnie droga jest celem? Gdyby celebracja przemieszczania się – nie dotarcia – stała się naszą codziennością? Co moglibyśmy dzięki temu zyskać?
Pewnie znajdziecie mnóstwo przykładów z własnego życia. Na to liczę, tego życzę. W ubiegłym roku jechałem na gdański Mystic Festival z synem, fanem mocnych brzmień, tak jak ja. Gadaliśmy o Kingu Diamondzie i Sepulturze, spieraliśmy się o najlepsze płyty Bathory. Od słowa do słowa z muzyki przeszliśmy na nasze sprawy ojcowsko-synowskie. Historie, przyjaciele, uczucia, praca. Ta droga mogła trwać i trwać, bo z każdym kilometrem tematy robiły się coraz istotniejsze. Nerwy gdzieś się ulatniały wraz ze zużywanym prądem (akurat jechaliśmy Kią EV9). Dawno droga nie była takim emocjonalnym odpowiednikiem baskijskiej biesiady.
Innym razem też było właśnie tak, że wraz z bliską mi osobą, partnerką, wybraliśmy drogę, by coś sobie powiedzieć. Świadomie zrezygnowaliśmy z autostrady A2 na rzecz zapomnianej już dziś drogi krajowej numer 92. Wiecie, tej drogi śmierci, z którą zmagali się wszyscy kierowcy pędzący z Warszawy do Poznania, z obowiązkowymi korkami w Sochaczewie i Kutnie. Z której korzystało pół Polski, a która dziś jest niemal pusta, jeśli wziąć pod uwagę, że liczba samochodów zwiększyła się mniej więcej 3,5 raza (w 1995 r. było 7,5 mln aut, dziś mamy ich prawie 25 mln). Zaczęliśmy od wspominek: tutaj jadłem wielkiego schabowego, tutaj jadłam grochówkę, tutaj widziałem pierwszy w życiu wypadek ze skutkiem śmiertelnym, tu zatrzymywali się kierowcy ciężarówek, tutaj zawsze „suszyli”, a tu „suszyli”, ale puszczali za łapówkę. Z tych wspominek przeszliśmy do refleksji nad zmianami, które polskie drogi przeszły przez trzy dekady, później do rozmów o samochodach, jak bardzo one się zmieniły. Bo krajową „dziewięćdziesiątkędwójkę” przejeżdżałem pierwszy raz wolnossącym Renault 21 z dieslem 1.9 o mocy 65 KM, który wydawał mi się demonem szybkości, a ona – jak się okazało – Mazdą 323F 1.6 16V z wysuwanymi światłami w kolorze czerwonym. Rozmawiając, jechaliśmy spokojnie Volkswagenem Tiguanem z DSG i wszystkimi bajerami, które pomagały nam swobodniej dzielić się wspomnieniami.
Wreszcie – i to było najpiękniejsze – przeszliśmy do rozmów o nas samych. Zwykłe prywatne rzeczy, ale najintymniejsze w całej podróży. Droga stała się przestrzenią, której nie dałoby się odtworzyć ani w kinie, ani w restauracji, ani w domu. Dom zbyt łatwo odciąga w stronę produktywnych zadań. Droga natomiast zmusza do bycia razem, do mówienia, słuchania, wspominania. Do obecności.
Co za sentymentalne brednie, ktoś powie. Po co jechać, jeśli można to samo robić, gdy już się dojedzie? No pewnie, można, ale można też nie. Idea drogi jako celu po prostu bardzo mi się podoba i wierzę w to, że każdy może ją odnaleźć w swoim tempie, w swojej ulubionej trasie, w swojej podróży. Nawet samotnej: z muzyką, audiobookiem, podcastem, czy po prostu z własnymi myślami. Bo to też nie chodzi o to, żeby gloryfikować papierowe mapy, uszkodzone opony w szczerym polu (każdemu się pewnie przytrafiło) i brak telefonów komórkowych, z których dziś można zadzwonić po assistance – to w ogóle nie o to chodzi. Raczej o to, by współczesny samochód, naprawdę ułatwiający konwersację, chociażby przez to posiadanie systemów wspomagających (trzymanie w pasie ruchu, aktywny tempomat, rozpoznawanie znaków drogowych), potraktować jako przestrzeń, a drogę – jako czas dla nas samych i dla nas w towarzystwie kogoś bliskiego, fajnego, ciekawego.
„Dobrej drogi” – tak sobie czasami życzymy, myśląc głównie o bezpieczeństwie, sprzyjających warunkach na trasie (żeby nie było deszczu, gołoledzi i mgły). Ja bym to rozszerzył o dobrą drogę w rozumieniu dobrego przeżycia podróży. Na własnych warunkach, bez pośpiechu, bez gnania. W kuchni, którą już dziś wspomnieliśmy, jest pojęcie slow food. W podróżowaniu – może slow journey? Podczas następnej wyprawy postaram się znaleźć polski odpowiednik. A tymczasem: dobrej drogi. W każdym znaczeniu tego słowa.
Dziś jest inaczej. Spóźnienie z powodu korka, remontu czy nawet poważnego karambolu przestało być traktowane z pobłażliwością. W najlepszym razie wywołuje zdziwienie, w najgorszym – irytację. I to nie tyle o samo spóźnienie, ile o domniemaną nieumiejętność korzystania z technologii. „Jak mogłeś nie sprawdzić?”, „Dlaczego nie włączyłeś Google Maps, przecież wszystko jest aktualizowane na żywo?” – za tymi pytaniami kryje się coś więcej: oczekiwanie doskonałości. Świat pyta: dlaczego nie przewidziałeś, dlaczego nie zoptymalizowałeś, dlaczego nie skróciłeś? Dlaczego zamiast ułatwiać sobie życie – wydłużasz drogę?
Owszem, punktualność to kwestia kultury i szacunku. Tego nikt nie kwestionuje. Ale czy uznanie skracania każdej podróży za absolutny priorytet naprawdę ma sens? Czy wszystko, co dobre, czeka nas wyłącznie na końcu drogi? I czy droga sama w sobie stała się czymś przykrym, a czas na niej spędzony – czasem straconym?
Na to wygląda, że tak. A ja mówię temu: nie. Kiedy wszystko i wszyscy oczekują od nas przyspieszenia, ja zachęcam do zwolnienia. Do przypomnienia sobie, że droga – jak gotowanie – potrafi być przyjemnym procesem, jeśli tylko pozwolimy jej trwać. Kto lubi gotować, ten wie: pośpiech zabija smak. Warto wolniej kroić cebulę, nie pomijać drobnych czynności, odroczyć kolejne etapy, aby samo gotowanie było częścią przyjemności, a nie tylko środkiem do napełnienia talerza. Może dlatego Baskowie celebrują zarówno gotowanie, jak i biesiadowanie, a txokos są ikoną dobrze spędzonego czasu. Może dlatego włoskie spotkania przy wspólnym gotowaniu są tak magiczne – nie chodzi w nich o zaspokajanie głodu, lecz o bycie razem, o proces.
Wracając na drogę. A gdyby tak uznać, że to właśnie droga jest celem? Gdyby celebracja przemieszczania się – nie dotarcia – stała się naszą codziennością? Co moglibyśmy dzięki temu zyskać?
Pewnie znajdziecie mnóstwo przykładów z własnego życia. Na to liczę, tego życzę. W ubiegłym roku jechałem na gdański Mystic Festival z synem, fanem mocnych brzmień, tak jak ja. Gadaliśmy o Kingu Diamondzie i Sepulturze, spieraliśmy się o najlepsze płyty Bathory. Od słowa do słowa z muzyki przeszliśmy na nasze sprawy ojcowsko-synowskie. Historie, przyjaciele, uczucia, praca. Ta droga mogła trwać i trwać, bo z każdym kilometrem tematy robiły się coraz istotniejsze. Nerwy gdzieś się ulatniały wraz ze zużywanym prądem (akurat jechaliśmy Kią EV9). Dawno droga nie była takim emocjonalnym odpowiednikiem baskijskiej biesiady.
Innym razem też było właśnie tak, że wraz z bliską mi osobą, partnerką, wybraliśmy drogę, by coś sobie powiedzieć. Świadomie zrezygnowaliśmy z autostrady A2 na rzecz zapomnianej już dziś drogi krajowej numer 92. Wiecie, tej drogi śmierci, z którą zmagali się wszyscy kierowcy pędzący z Warszawy do Poznania, z obowiązkowymi korkami w Sochaczewie i Kutnie. Z której korzystało pół Polski, a która dziś jest niemal pusta, jeśli wziąć pod uwagę, że liczba samochodów zwiększyła się mniej więcej 3,5 raza (w 1995 r. było 7,5 mln aut, dziś mamy ich prawie 25 mln). Zaczęliśmy od wspominek: tutaj jadłem wielkiego schabowego, tutaj jadłam grochówkę, tutaj widziałem pierwszy w życiu wypadek ze skutkiem śmiertelnym, tu zatrzymywali się kierowcy ciężarówek, tutaj zawsze „suszyli”, a tu „suszyli”, ale puszczali za łapówkę. Z tych wspominek przeszliśmy do refleksji nad zmianami, które polskie drogi przeszły przez trzy dekady, później do rozmów o samochodach, jak bardzo one się zmieniły. Bo krajową „dziewięćdziesiątkędwójkę” przejeżdżałem pierwszy raz wolnossącym Renault 21 z dieslem 1.9 o mocy 65 KM, który wydawał mi się demonem szybkości, a ona – jak się okazało – Mazdą 323F 1.6 16V z wysuwanymi światłami w kolorze czerwonym. Rozmawiając, jechaliśmy spokojnie Volkswagenem Tiguanem z DSG i wszystkimi bajerami, które pomagały nam swobodniej dzielić się wspomnieniami.
Wreszcie – i to było najpiękniejsze – przeszliśmy do rozmów o nas samych. Zwykłe prywatne rzeczy, ale najintymniejsze w całej podróży. Droga stała się przestrzenią, której nie dałoby się odtworzyć ani w kinie, ani w restauracji, ani w domu. Dom zbyt łatwo odciąga w stronę produktywnych zadań. Droga natomiast zmusza do bycia razem, do mówienia, słuchania, wspominania. Do obecności.
Co za sentymentalne brednie, ktoś powie. Po co jechać, jeśli można to samo robić, gdy już się dojedzie? No pewnie, można, ale można też nie. Idea drogi jako celu po prostu bardzo mi się podoba i wierzę w to, że każdy może ją odnaleźć w swoim tempie, w swojej ulubionej trasie, w swojej podróży. Nawet samotnej: z muzyką, audiobookiem, podcastem, czy po prostu z własnymi myślami. Bo to też nie chodzi o to, żeby gloryfikować papierowe mapy, uszkodzone opony w szczerym polu (każdemu się pewnie przytrafiło) i brak telefonów komórkowych, z których dziś można zadzwonić po assistance – to w ogóle nie o to chodzi. Raczej o to, by współczesny samochód, naprawdę ułatwiający konwersację, chociażby przez to posiadanie systemów wspomagających (trzymanie w pasie ruchu, aktywny tempomat, rozpoznawanie znaków drogowych), potraktować jako przestrzeń, a drogę – jako czas dla nas samych i dla nas w towarzystwie kogoś bliskiego, fajnego, ciekawego.
„Dobrej drogi” – tak sobie czasami życzymy, myśląc głównie o bezpieczeństwie, sprzyjających warunkach na trasie (żeby nie było deszczu, gołoledzi i mgły). Ja bym to rozszerzył o dobrą drogę w rozumieniu dobrego przeżycia podróży. Na własnych warunkach, bez pośpiechu, bez gnania. W kuchni, którą już dziś wspomnieliśmy, jest pojęcie slow food. W podróżowaniu – może slow journey? Podczas następnej wyprawy postaram się znaleźć polski odpowiednik. A tymczasem: dobrej drogi. W każdym znaczeniu tego słowa.