W latach 70. turbodoładowanie nie było czymś nowym czy nieznanym. Już od dekad stosowano je w maszynach różnego typu, w tym w autach osobowych i w wyścigach (w 1952 r. kwalifikacje do Indy 500 wygrał bolid napędzany... turbodieslem Cumminsa). Próby szerszego wykorzystania tego rozwiązania w tym obszarze nie cieszyły się wówczas dużym powodzeniem. Porsche miało jednak dobrą motywację, by podjąć wyzwanie. Gdy FIA zdecydowała się zmienić w europejskich wyścigach przepisy i de facto wyznaczyć górny limit pojemności silników startujących aut na trzy litry, przez co przerwała udaną passę modelu 917 z płaskim motorem V12 4,5 l, który zdominował 24h Le Mans w latach 1970 i 1971, kierowany przez Ferdinanda Piëcha zespół postanowił przerzucić zainteresowanie na inną serię, poza jurysdykcją Francuzów. Tak zaczęła się przygoda w Canadian-American Challenge Cup, znanym lepiej jako Can-Am, choć raczej powinniśmy go nazwać motoryzacyjną „wolną amerykanką”. Brak praktycznie jakichkolwiek ograniczeń dał doskonałe pole do puszczenia wodzów fantazji przez inżynierów. Niektórzy rywale osiągali z pomocą 8-litrowych V8 moc rzędu 800 KM. Porsche również próbowało zaszaleć i analizowało stworzenie wielkiej jednostki V16, ale ostatecznie uznano, że dodatkowe 80 kg i 27 cm rozstawu osi źle wpływałoby na prowadzenie. I wtedy w głowie Piëcha pojawił się karkołomny pomysł. Zadanie turbodoładowania silnika z 917 powierzył dwóm swoim najlepszym inżynierom – szefowi działu silników wyścigowych Valentinowi Schäfferowi oraz legendarnemu twórcy jednostek napędowych Hansowi Mezgerowi. Odpowiedzieli oni motorem o pojemności powiększonej do 5 l z dwiema turbosprężarkami firmy Eberspächer, do tej pory montującej takie systemy w ciężarówkach. Gdy dwaj inżynierzy po raz pierwszy umieścili swoje dzieło na hamowni i wcisnęli gaz w podłogę, barometr hydrostatyczny, podłączony do silnika w celu kontroli ciśnienia doładowania, wystrzelił fontanną rtęci w górę i skropił ich toksycznym deszczem – oczywiście, ku wielkiej uciesze bohaterów tej opowieści. Takie to były czasy, tacy ludzie i taki to był silnik.
W tym momencie Schäffer i Mezger wiedzieli już, że stworzyli potwora. Wkrótce mieli się o tym przekonać zawodnicy – wyposażonym w owoc powyższych prac 917/10 podczas pierwszego dnia testowego na Hockenheimie to wypadali z zakrętów ze względu na jazdę ze znacznie wyższą prędkością, niż się spodziewali, to obracali się w miejscu. Byli pierwszymi kierowcami Porsche, którzy musieli zmierzyć się ze słynną turbodziurą, przez całe dekady utożsamianą z prowadzeniem szybkich, ale podchwytliwych aut tej marki o oznaczeniu „Turbo”. Turbodziurę można określić jako moment, gdy turbosprężarka jeszcze nie działa, by dopiero za chwilę osiągnąć właściwe ciśnienie doładowania i dostarczyć kołom przytłaczającą falę mocy. Inżynierowie Porsche byli świadomi tego wyzwania i od początku starali się z nim walczyć. Najpierw przez proste zawory upustowe wyrównujące ciśnienie i pokrętła, za pomocą których kierowca mógł ręcznie regulować siłę działania turbo. W kolejnych dekadach rozwój techniczny przyniósł coraz bardziej wyrafinowane rozwiązania: dwie turbosprężarki o różnej wielkości, połączone sekwencyjnie, w 959, układ biturbo w 993 Turbo, zmienną geometrię łopatek turbosprężarki (VGT) w 997 Turbo, czy w końcu wspomagający „od dołu” niewielki układ hybrydowy T-Hybrid w najnowszym 992.2 GTS.
Tempo rozwoju było takie, że 917/10 w debiutującym sezonie 1972 w Can-Amie generowało 850 KM, a rok później – ponoć aż 1600 KM w ustawieniu na kwalifikacje (co nigdy nie zostało zweryfikowane przez brak odpowiedniej hamowni). Porsche absolutnie zdominowało stawkę złożoną z bolidów Shadowa, Loli i McLarena. Śladem FIA amerykańscy organizatorzy szybko zmienili przepisy tak, by przerwać hegemonię Porsche. Nim Niemcy opuścili USA, pobili jeszcze modelem 917/30 rekord średniej prędkości na owalu Talladega Speedway. Wyniósł on 356 km/h i utrzymał się przez kolejne 10 lat.
W tym czasie Porsche miało już nowy cel dla oswajanej technologii. Podczas gdy program wyścigowy marki przeniósł się z prototypów na 911, Niemcy w 1974 r. niepostrzeżenie wprowadzili do europejskich pucharów 911 Carrerę RSR. Pionierski bolid z niewielkim silnikiem 2,1 l połączonym z turbo KKK był pierwszym samochodem wyposażonym weń na starcie do 24h Le Mans i z miejsca zmienił zasady tego wyścigu, tym razem już na dobre. I choć w pierwszym roku przez brak drogowego odpowiednika musiał startować w topowej klasie prototypów, to jednak w sensacyjnym stylu wywalczył wśród nich drugie miejsce. A już rok później następca tego modelu mógł zdominować klasę aut GT za sprawą debiutu (równo 50 lat temu) drogowego modelu 930 Turbo...
turbohistoria
Gdy zadebiutował już silnik spalinowy, szybko pojawiła się potrzeba jego doładowania. Idea była prosta – do zwiększenia efektywności spalania potrzeba albo więcej paliwa, albo więcej tlenu zawartego w powietrzu. Wie to każdy, kto podsycał ogień dmuchaniem w ognisko. Także wydajność silnika spalinowego można zwiększyć przez dostarczenie mu dodatkowego tlenu. Już od 1878 r. dokonywano tego za pomocą sprężarki mechanicznej. W 1905 r. szwajcarski inżynier Alfred Büchi zaprezentował alternatywę w postaci turbosprężarki. Była to maszyna wirnikowa tłocząca powietrze pod zwiększonym ciśnieniem do cylindrów przez łopatki sprężarki, które kręciły się z wysoką prędkością w wyniku osadzenia na jednym wale z turbiną, napędzaną z kolei odrębnymi kanałami przez pęd spalin wyrzucanych z układu wydechowego. To zgrabne i znacznie wydajniejsze od sprężarki mechanicznej rozwiązanie powstało co prawda na potrzeby przemysłu lotniczego, w którym próbowano poradzić sobie z problemem spadku mocy silników po wzniesieniu na wysokość z rozrzedzonym powietrzem, ale z czasem zaczęło podbijać kolejne sektory transportu. W latach 30. patent Büchiego dotarł do ciężarówek i autobusów. Na rynku aut osobowych zadebiutował dopiero w 1962 r., w dwóch nieomal równocześnie przedstawionych amerykańskich wozach – Chevrolecie Corvairze Monzy i Oldsmobile’u Jetfire. Sukces rodził się w bólach, gdyż oba modele już po roku wycofano z rynku w niesławie ze względu na dużą usterkowość. Również BMW 2002 Turbo, pierwszy europejski model tego typu, mimo kultowego dziś statusu znalazł ledwo 1672 nabywców. Kryzys paliwowy z 1973 r., który pogrzebał jego szanse na powodzenie, był też przyczynkiem do wykorzystania tego rozwiązania do obniżania zużycia paliwa. Wraz z pojawieniem się pierwszego turbodiesla – Mercedes W116 300SD z 1978 r. – turbo zaczęło docierać do kolejnych segmentów i w zapoczątkowanej w latach 90. erze downsizingu silników stało się domyślnym rozwiązaniem.