Podróże

Cuautepec – ameksykańska dzielnica
Garbusów
Garbusów
Garbus nigdy nie miał być bohaterem. Miał być za to tani, prosty i wystarczająco dobry, by dowieźć ludzi z punktu A do punktu B. W Meksyku stał się czymś znacznie więcej – środkiem transportu, symbolem awansu, a czasem jedynym sposobem na przetrwanie. Wystarczy jednak odjechać kilka kilometrów od centrum stolicy tego kraju, by zobaczyć, że za jego sympatyczną sylwetką kryje się historia znacznie mniej romantyczna niż ta, w którą chcielibyśmy wierzyć.
–Ile fo kostuje? Fo zalesy, ile psefnic chces pfejechaś!
Braki w uzębieniu zdecydowanie nie ułatwiają rozmowy z kierowcą Garbusa. Ani trochę.
– 30, 40, 50 pesos. No zalefy, jak daleko! Co, nie fies?
– My to chcemy wte i nazad, nie mam celu.
– Jak fo nie mas? Pinche gringo, fzie jeziemy?
– Dobra, stacja kolejki linowej. Dawaj tam.
– 30, 40, 50 pesos. No zalefy, jak daleko! Co, nie fies?
– My to chcemy wte i nazad, nie mam celu.
– Jak fo nie mas? Pinche gringo, fzie jeziemy?
– Dobra, stacja kolejki linowej. Dawaj tam.

Maciej Całka
Garbusy są w Meksyku czymś pomiędzy Maluchami w Polsce w latach 2000. i 20. XXI w. Z jednej strony – wciąż wszechobecne w biedniejszych regionach. Z drugiej – otacza je już coś na miarę kultu. Garbus stał się wozem, który dał ludowi własne cztery kółka. Jednym z impulsów do tego była wystawa „Niemcy i ich przemysł” w 1954 r. Nagle Meksykanie, przyzwyczajeni do wielkich, drogich amerykańskich aut, zobaczyli tani, oszczędny i praktyczny pojazd. Podobno nawet sam „el Presidente” przybył obejrzeć auto. Zwykły zjadacz taco nie dowierzał jednak, że tak tani wóz może być bezawaryjny. By udowodnić jakość Garbusów, siedem sztuk wystartowało w wyścigu Carrera Panamericana, wiodącym wzdłuż Drogi Panamerykańskiej od północnej do południowej granicy. Ponad 3,2 tys. km przejechanych bez kłopotu przekonało klientów. Meksykanie poczuli się tak zachęceni, że szybko w gminie Ecatepec w Dystrykcie Federalnym założono montownię. Dziś ten rejon to bardziej mordownia, a mały zakład szybko okazał się niewystarczający. Potrzeba było czegoś więcej. O tym jednak za chwilę.

Maciej Całka
Garbusy nie tylko dobrze zniosły Drogę Panamerykańską. Wytrzymują także rabunkową eksploatację w rejonach, gdzie uczciwie traktowani nie są nawet ludzie, a co dopiero maszyny.

Maciej Całka
Jak długo pan pracuje jako vochotaxista? – vocho lub volcho (od mieszanki słów „Volkswagen” i „vocho”, czyli żuk) to potoczna nazwa Garbusa w Meksyku. Vochotaxis zaś to popularne określenie, ukute przez wiele dekad służby tych aut w przewozie osób. Żółto-czarne VW Käfery długo były niezwykle popularnym środkiem transportu w Meksyku. Choć w większości miast kraju zostały wyparte przez nowsze, 4-drzwiowe pojazdy, w biednym i górzystym Cuautepec na północy stolicy wciąż mają się świetnie.
– Od 20 lat.
– I nie chciał pan kupić jakiegoś nowszego wozu do pracy?
– Nie. Garbus ma silnik z tyłu, jest lekki, znacznie lepiej podjeżdża pod górę niż te przednionapędowe plastikowe pudełka.
– I silnik nadal siedzi oryginalny?
– Tak, wszystko jest oryginalne.
– A co to za rocznik?
– 1996, przebieg nieznany, ale nie mam z nim żadnych problemów.
– I nie chciał pan kupić jakiegoś nowszego wozu do pracy?
– Nie. Garbus ma silnik z tyłu, jest lekki, znacznie lepiej podjeżdża pod górę niż te przednionapędowe plastikowe pudełka.
– I silnik nadal siedzi oryginalny?
– Tak, wszystko jest oryginalne.
– A co to za rocznik?
– 1996, przebieg nieznany, ale nie mam z nim żadnych problemów.

Maciej Całka

Maciej Całka
Kierowca tej taksówki nie przypomina zupełnie pierwszego rozmówcy. Normalnie ubrany, zadbany mężczyzna koło czterdziestki, w okularach. Czysty, dobrze utrzymany samochód, choć z trochę pordzewiałymi zderzakami. Nie mamy czasu na długą rozmowę. Przy parku Madero, niedaleko stacji kolejki linowej Campos Revolución, znajduje się nieoficjalny postój vochotaxis. Działa to tak, że wzdłuż krawężnika ustawiają się nieoznaczone Garbusy. Kierowcy czekają, aż któryś z podróżnych wracających z centrum miasta Meksyk wsiądzie, i natychmiast ruszają, ustalając trasę przejazdu i cenę już w ruchu. To przyspiesza proces transportu. Garbusy uzupełniają niedomagania komunikacji miejskiej, podjeżdżając pod strome, niedostępne dla autobusów wzniesienia dzielnicy Cuautepec.
Brak oznaczeń na taksówkach nie świadczy jednak o tym, że nie ma żadnego zwierzchnictwa nad kierowcami. Wąskie, strome uliczki biednej dzielnicy Cuautepec oraz jej peryferyjne położenie sprawiają, że władza policji i instytucji państwowych jest tu iluzoryczna. Tak naprawdę rządzą gangi, którym kierowcy płacą haracz. Pytani o nich, zniżają głos i robią się nerwowi. Samo takie pytanie z ust białego człowieka budzi ogromną podejrzliwość. Cicho informują, że ci ludzie są muy, muy peligroso.

Maciej Całka

Maciej Całka
Tutaj nie filmujcie, nie. To oni – cicho rzuca wyraźnie zdenerwowany kierowca. Garbus ryczy na ostrym podjeździe. Na rogu jeden młody mężczyzna, pozornie znudzony, ale wzrok ma wbity w białych pasażerów taksówki. Drugi na pace pikapa żuje gumę. Trzeci – pod piekarnią naprzeciwko, w podkoszulku, oparty o latarnię. Wszyscy wpatrzeni w jeden punkt. Obcy na ich ziemi. Biali obcy. Mam wrażenie, że bezzębny (znów!) kierowca Garbusa, którym jedziemy, z nerwów zaraz zgniecie koło kierownicy. Palce mu bieleją, czoło rosi pot.
– Tranquilo, mi amigo, no grabamos – uspokajam moim miernym hiszpańskim. Tutaj możemy zawrócić, widzieliśmy, co chcieliśmy. Z powrotem na Madero.
Sami mamy karki sztywne jak rama Stara. Aparaty schowane głęboko za siedzenia. Zjazd w dół to jak wynurzenie się spod wody po zdecydowanie zbyt długim i nieplanowanym nurkowaniu.

Maciej Całka

Maciej Całka

Maciej Całka
– To będzie 70 pesos.
– Tu jest 100, do widzenia i wszystkiego dobrego.
– Tu jest 100, do widzenia i wszystkiego dobrego.
Cuautepec to typowy przykład wysoko położonej, latynoamerykańskiej dzielnicy dużej aglomeracji. Ten schemat się powtarza – bogate, czyste, bezpieczne rejony w dolinie, a siedliska nędzy i przestępczości na zboczach. Medellín, La Paz, Lima, Meksyk – przykłady można mnożyć. Nikt tak dobrze nie udaje, że nie widzi problemów swoich sąsiadów, jak władze w tych miastach. Te głęboko zakorzenione nierówności pozwoliły jednak w tym wypadku przetrwać tradycyjnym taksówkom na Garbusach. Problem w tym, że choć dla miłośnika klasycznej motoryzacji wyglądają fascynująco, są tak naprawdę oznaką patologii. Złej infrastruktury i kierowców, których nie stać na nowe, wystarczająco mocne auto, bo pieniądze zabierają im gangi, a perspektywy – władze. Na szczęście nie wszędzie za meksykańskimi Garbusami kryje się tak smutna historia, jak w Cuautepec. Zjeżdżamy z góry, gdzie Garbus jest czymś w rodzaju Malucha w 2005 r. w Polsce, by zobaczyć rejony kultu i radosnej zabawy w klasyki.
Wróćmy jednak na chwilę do szczypty suchej historii Garbusa w Meksyku. Po krótkiej przygodzie z Ecatepec w Dystrykcie Federalnym prawdziwą fabrykę Volkswagena zbudowano w Puebli. Funkcjonujący do dzisiaj zakład rozpoczął produkcję 23 października 1967 r. Garbus szturmem zdobywał meksykański rynek pomimo tego, że oferowano go tylko z jednym silnikiem. Na początku był to wariant 1200, od 1968 do 1974 r. 1500, a później – 1600. Eksport produkcji z Puebli rozpoczął się już w 1971 r., a pierwsze egzemplarze trafiły do Kostaryki, jednak prawdziwą żyłą złota okazał się rynek europejski. Kiedy Wolfsburg zakończył produkcję Käfera na rzecz Golfa, Puebla przejęła konserwatywnych klientów ze Starego Kontynentu. Dostawy „żuczków” trwały aż do 1985 r., kiedy to nowe europejskie normy bezpieczeństwa wykosiły Garbusy z rynku. Także w Meksyku sprzedaż zaczynała słabnąć, na co rząd odpowiedział ogromnymi ulgami podatkowymi dla VW w zamian za 20-proc. obniżkę ceny popularnego vocho. Tylnosilnikowy dinozaur dzięki temu na nowo zaatakował meksykański rynek w latach 90., bijąc rekordy w 1993 r. i utrzymując się w produkcji aż do 2003 r. W samym Meksyku nabywców znalazło 1,7 mln egzemplarzy. Sprzedaż Garbusów zakończono z uwagi na malejące zainteresowanie, na co wpływ miały m.in. konkurencja ze strony innych, równie tanich, ale nowocześniejszych aut, takich jak Chevrolet Joy (Opel Corsa), a także wprowadzony przez władze stolicy zakaz wykorzystywania 2-drzwiowych aut jako taksówek. Między innymi ze względu na ten zakaz vochotaxis w Cuautepec nie są oficjalnymi taksówkami i nie mają oznaczeń, numerów bocznych ani postojów, a kursy przyjmowane są jedynie w obrębie dzielnicy zapomnianej przez Boga, ludzi i rząd.

Maciej Całka

Maciej Całka

Maciej Całka
Ogromna popularność VW Garbusa i jego udział w motoryzacji kraju sprawiły, że stał się on dla Meksykanów podobnym symbolem jak Maluch dla Polaków. Spotyka się go w kulturze masowej, a do czasów pandemii kalendarz imprez związanych z vocho był niezwykle bogaty. Liczba miłośników modelu jest ogromna, funkcjonuje wiele sklepów wysyłkowych z częściami produkowanymi przez tutejsze liczne firmy, a także duża scena tuningowa. W stolicy kraju bez problemu od ręki można dostać w sklepach – takich jak np. odwiedzony przez nas Abe Volks – kompletne nowe silniki (w cenie ok. 15 000 zł), podłogi oraz każdy inny mniej lub bardziej potrzebny element Garbusa. Asortyment tuningowy prawie obrywa wieszaki ze ścian sklepików, a entuzjaści z radością regularnie jeżdżą swoimi vocho. Zapytani o Cuautepec, zazwyczaj nawet nie wiedzą, o czym mowa, nawet jeśli mieszkają 10–20 km od tej dzielnicy. Nikt z dolin nie wspomina kierowców taxi, którzy w pocie czoła i ze strachem przed gangusami zarabiają Garbusami na życie. Tutaj na co dzień jeździ się „żuczkami” z pasji. O ile akurat danemu egzemplarzowi uda się jeździć po mieście, bo zamiast stref czystego transportu w stolicy Meksyku spotkacie hoy no circula – system wykluczania z ruchu na podstawie cyfr w numerze rejestracyjnym, zależnie od dnia. Ale to już inna historia.

Maciej Całka

Maciej Całka