FELIETON
Jak pachniała motoryzacja?

Nie da się pogodzić fascynata Nowego Jorku z samotnikiem z pustyni, miłośnika warszawskiego zgiełku z kimś, kto oddycha tylko w Bieszczadach. Tak samo nie połączysz imprezowicza, który ładuje baterie w tłumie, z domatorem lubiącym koc i „Przyjaciół” w tle. Ani tego, kto z czułością wącha zapach starego silnika, z osobą, dla której dopiero elektryk z jonizacją powietrza oznacza spokój. Po prostu nie da się.

Marcin Klimkowski
Ilustracja: Patryk Kościelniak
Nie ma też jednak żadnej konieczności, by takie skrajności pogodzić. Po co? Ludzie są różni, jedni w zapachach odnajdują wspomnienia, inni dolegliwość (i mdłości) młodości, kiedy wmawiano im, że coś musiało się podobać, chociaż nie podobało się wcale i już. Ważne chyba, żeby każdy pielęgnował dokładnie to, co jest dla niego istotne i ukształtowało go, chociaż nawet nie miał świadomości tego, że ten proces zachodzi. Że coś go kształtuje, na dodatek na całe życie.
Jak wielu z Was jestem pasjonatem motoryzacji, ale nie mechanikiem ani nawet nie majsterkowiczem. To bardzo ważne rozróżnienie, bo gdybym nim był, narzędzia i smary, zimna stal kluczy płaskich, nasadowych i nastawnych czy benzyna ekstrakcyjna byłyby moją codziennością. Wspominanie ich zapachów mijałoby się więc z celem. One by mi towarzyszyły każdego dnia, a zatem z czasem spowszedniałyby. Piekarz rozmyślający o zapachu chleba, który nawet po prysznicu, saunie i masażu aromatycznymi olejkami w drogim spa nie opuszcza jego nozdrzy – przyznacie, brzmi to kuriozalnie…
Może właśnie dlatego zapachy motoryzacji, które zapadły mi w pamięć i przez które – poniekąd – zostałem jej pasjonatem, są do dziś u mnie tak wyraźne? Nie były bowiem powszechne ani codzienne, nie towarzyszyły czynnościom wykonywanym każdego dnia przez mojego tatę, wujków i znajomych moich rodziców. Coś w nich jednak było, że tak się utrwaliły. Gdzieś je wszystkie poczułem i połączyłem, przez co zapamiętałem.
Mnóstwo jest scen w ukochanym przeze mnie serialu „Dom”, które dla mnie pachną. To są te sceny z Żerania, z FSO, miejsca pracy głównego bohatera Andrzeja Talara. Talar jest w serialu co prawda inżynierem, nie brudzi więc rąk przy taśmie, ale w halach fabrycznych bywa często i gęsto, nie tylko pracuje w biurze. Rozmawia w tych halach, spiera się, kłóci, wybucha, czasami stawia sprawę na ostrzu noża, jak w odcinkach o wydarzeniach 1956 r. (fragmenty, w których robotnik komunista Stanisław Jasiński, grany przez Wirgiliusza Grynia, ponownie staje przy tokarce, są bardziej niż przejmujące). Te sceny pachną w tym sensie, że nie da się tego precyzyjnie opisać, ale czuje się przecież te aromaty oleju pokrywającego płachty blach, które mają być dopiero ukształtowane w samochody, kurzu na podłodze, nasiąkniętego olejem drewna przykrywającego kanały dla mechaników, dopiero co polakierowanych błotników i drzwi, nowej tapicerki…
To o zapachach fabryk samochodów. Nie każdy miał z nimi do czynienia, niewielu do jakiejkolwiek fabryki wpuszczono, o ile w niej nie pracowali. Takie były czasy. Ale podobnie jak dawne fabryki pachniały też przecież warsztaty samochodowe, wulkanizacyjne, blacharskie i inne utożsamiane z motoryzacją. To była niesamowita mieszanka aromatów, chemii – benzyn, smarów, olejów, stali, narzędzi i części – z biologią, o której być może nie każdy z nas chce dziś pamiętać. Robotnicze stroje mechaników nie były prane codziennie, przesiąkały potem, zapachem taniego tytoniu (palonego nie w palarniach, ale przy stanowisku pracy), a czasami nawet wczorajszych zakrapianych imprez. Same fabryki i warsztaty nie były krystalicznie czystymi miejscami. Kiedy kanapka ze śniadania komuś upadła gdzieś w trudno dostępne miejsce, to nie podnosiło się jej za wszelką cenę. „Przewróciło się, niech leży”. Kubków z mocną herbatą i sypaną kawą też nie myło się po każdym zaparzeniu. To była mieszanka wybuchowa, na pewno niesterylna, na pewno niehigieniczna w dzisiejszym tego słowa rozumieniu. Tak też pachniała warsztatowa motoryzacja.
A same samochody? One również pachniały, różne różnie. Mój tata miał Fiata 125p, właściwie FSO 1500, ale nikt tak przecież nie mówił. Zapach skajowej tapicerki Dużego Fiata to jedno z najwspanialszych wspomnień mojego dzieciństwa. Nie był to zapach wyłącznie skaju, bo tata palił nałogowo – wówczas nie wiedziano chyba jeszcze, że w obecności dzieci to nie jest w porządku (palono w pokojach, przy telewizorze, przy brydżu, dzieci dorastały z tym zapachem, nikomu to nie przeszkadzało, bo nie mogło, co w żadnym wypadku niczego nie usprawiedliwia, tak po prostu było). Zatem był to zapach skaju, papierosów Klubowych, dopiero co zatankowanej benzyny na CPN-ie, płynu do spryskiwaczy, kanapki z ogórkiem kiszonym leżącej obok mnie na tylnej kanapie, świeżego, jeszcze nieprzeczytanego „Życia Warszawy” albo „Przeglądu Sportowego”. Tak mi pachniała motoryzacja. Mieszanką wybuchową woni, która – połączona z tym, co ten samochód potrafił na drodze (tzn. wydawało mi się, że potrafi) – jawiła się jako naprawdę atomowa.
Mniej więcej w tym czasie – były to wakacje, a ja miałem 8–9 lat – zostałem pomocnikiem prawdziwego mechanika, który na sąsiadującym z naszą letnią działką podwórku przed warsztatem ślusarskim dostał zadanie, żeby wymontować z rozbitego przez mojego wujka Dużego Fiata wszystkie przydatne elementy. Miałem być takim „przynieś–podaj”. I wtedy zrobiło się najbardziej motoryzacyjno-aromatycznie w moim życiu. Wspomniany już skaj pachniał tym intensywniej, że kanapy trafiały z wraku auta wprost na lipcowe słońce. I że one się nie roztopiły… Silnik pachniał benzyną i wyciekami oleju. Rozwalona chłodnica – płynem chłodniczym. Zużyty olej – zużytym olejem. A jeszcze unosiły się aromaty płynu do spryskiwaczy, topornej gumy grubych przewodów, taśm izolacyjnych, zakurzonych dywaników i gumowych uszczelek. Dużo tego było, a praca przy rozbiórce – tak naprawdę kasacji – Fiata trwała dobre dwa tygodnie.
Motoryzacja pachniała też – nawet dla mnie, zakochanego w niej – brzydko. To znaczy najpierw ładnie na stacji CPN, a potem dopiero brzydko w ruchu ulicznym, podczas odpalania auta zimą. Pachniała spalinami przede wszystkim, ale i gryzącym dymem, kiedy w nielicznych korkach stało obok siebie wiele samochodów. Kto pamięta taki „czarny oddech” z rury wydechowej autobusu, wie, o czym mówię. To chyba nie było przyjemne nawet dla tych, którzy ze wszystkim, co ma dwa lub cztery koła, byli za pan brat, a także byli i są w nich zakochani do dziś.
Czy te wszystkie zapachy można dziś gdzieś odnaleźć, gdziekolwiek indziej niż we wspomnieniach? Ktoś powie, że można. I zgodzę się, ale dodam tylko, że pojedyncze. Pojedyncze zapachy benzyny i spalin na zlotach naprawdę starej motoryzacji, aromaty gumy w warsztatach wulkanizacyjnych, zapach narzędzi w tych nowszych. A co z mieszanką tych wszystkich zapachów? W odnalezienie jej szczerze wątpię. Autoryzowane serwisy przypominają dziś raczej szpitale. Nie ma plam oleju, nie ma wycieków, nie ma palenia papierosów ani nadgryzionych kanapek. Nie ma i nie będzie, bo nikt by do takiego „pachnącego” serwisu nie oddał auta. Oddalibyście?
Nie pierwszy raz to piszę, ale lepiej o raz za dużo, niż żeby powstało złe wrażenie. To nie jest tak, że było fajnie i pachnąco, a zrobiło się bezwonnie i miałko. Bo było i pachnąco, i śmierdząco – wbrew sentymentowi, także mojemu, który każe pamiętać przyjemne zapachy, a wypiera przyprawiające o mdłości. I teraz też nie jest bezwonnie, jeśli się dobrze poszuka, ani miałko. Za to na pewno jest inaczej.


Czytaj więcej