CZŁOWIEK I SAMOCHÓD

Projekt Beczka
Zdjęcia: Krzysztof Szetyński
Nie każdy projekt zaczyna się od planu, listy części i dokładnie policzonych kosztów. Ten zaczął się od zwykłej rozmowy przy rodzinnym stole i jednego prostego pytania zadanego mojemu dziadkowi. Gdy ktoś zapytał go, którym samochodem chciałby jeszcze raz się przejechać, odpowiedź padła od razu: Mercedesem W123. Dla mnie było to właściwie oczywiste. W naszej rodzinie temat tej Beczki wracał od lat.
Mój dziadek od zawsze interesował się motoryzacją. Przez wiele lat pracował jako mechanik samochodów ciężarowych i specjalnych, więc rozmowy o trasach, awariach, remontach dróg czy dawnych autach zawsze były u nas czymś naturalnym. Wśród tych wszystkich tematów jeden wracał szczególnie często – Mercedes W123. Dla dziadka nigdy nie był to zwykły samochód, a dla mnie i moich kuzynów stał się zalążkiem pasji do motoryzacji, od której wszystko się zaczęło. Ten samochód to również nasze wspomnienia – wystarczył charakterystyczny dźwięk diesla, by było wiadomo, że za chwilę otworzą się drzwi, a dziadek wejdzie do domu.


Każda przejażdżka z nim była pełna opowieści, śmiechu i drobnych rytuałów, które pozostały w naszej pamięci na zawsze. Choć dziadek często żałował, że musiał sprzedać Beczkę, to jednak stan auta nie pozwalał na dalsze użytkowanie. Mimo to w naszych wspomnieniach zawsze pozostawała symbolem jego młodości i wszystkich niezapomnianych chwil spędzonych razem.

Temat Beczki wracał u nas od dawna. Wielokrotnie pojawiały się pomysły, by zaskoczyć dziadka takim autem – choćby wynająć je na jeden dzień i szybka wspólna przejażdżka – jednak zawsze brakowało okazji, a cała sprawa pozostawała w sferze luźnych rozmów. Przy tamtym stole coś się w końcu zmieniło. Kiedy po raz kolejny usłyszałem, że właśnie W123 byłoby jego wyborem, wiedziałem, że tym razem nie mogę zostawić tego na później.


W tajemnicy przed całą moją rodziną rozpocząłem poszukiwania odpowiedniego samochodu. Wiedziałem, że nie będzie to łatwe – znalezienie egzemplarza Mercedesa W123 w dobrym stanie, który da się przywrócić do życia, a przy tym będzie w moim budżecie, graniczyło niemal z cudem. Jednak myśl o tym, że uda się dołączyć samochód do rodziny, zaskoczyć nim moich kuzynów, a na końcu samego dziadka, sprawiała, że czułem, iż musi się to udać.
Po pewnym czasie znalazłem w końcu egzemplarz, którego stan blacharski był dla nas zadowalający. Wraz z dwoma moimi przyjaciółmi, Krystianem i Krzysztofem, ruszyliśmy po niego w podróż liczącą aż 500 km, z nadzieją, że po zakupie prawie 50-letni samochód zdoła wrócić do domu na własnych kołach. W rzeczywistości ta wyprawa okazała się miniprzygodą w całym projekcie. Szybko, już w trasie, przekonaliśmy się, że stan blacharski to nie wszystko – w temperaturze -5°C w samochodzie nie działało ogrzewanie, co zwiastowało potencjalne inne problemy. Mercedes powoli, ale pewnie pokonał trasę. Niestety, tuż przed samą bramą odmówił posłuszeństwa – pękła chłodnica i samochód musiał zostać u mojego znajomego mechanika Krystiana. Wszystko wskazywało na to, że nie będzie to projekt, w ramach którego po prostu „odświeżymy stary samochód”. Auto potrzebowało poważniejszej interwencji, a to oznaczało, że cały projekt trzeba było utrzymywać w tajemnicy znacznie dłużej, niż pierwotnie zakładałem.

To czas, w którym warto nakreślić, że w przeciwieństwie do mojego dziadka nigdy nie byłem szczególnie uzdolniony mechanicznie. Miałem jednak obok siebie przyjaciół, którzy – choć sami wcześniej nie zajmowali się renowacją samochodów – chcieli się tego podjąć razem ze mną. Jeden z nich, samouk w dziedzinie mechaniki, wniósł do projektu sporo praktycznej wiedzy i przekonanie, że krok po kroku da się przywrócić tego Mercedesa do życia. Już na samym początku założyliśmy więc, że całość zrobimy sami, ucząc się po drodze kolejnych etapów tego przedsięwzięcia.


I tak też było. W przerwach między pracą a innymi obowiązkami przez blisko sześć miesięcy spotykaliśmy się w garażu, kombinując, ucząc się i podejmując kolejne decyzje. Jednocześnie co jakiś czas, pod pretekstem zwykłej ciekawości, dyskretnie dopytywaliśmy dziadka o szczegóły dotyczące Beczki, tak by nieświadomie pomagał nam rozwiązać kolejne problemy, a jednocześnie nie domyślił się, że cały projekt powstaje właśnie dla niego.
W końcu zdecydowaliśmy się na wyciągnięcie silnika, aby porządnie naprawić uszczelkę pod głowicą i wymienić wszystko wkoło, co tylko było konieczne. Chcieliśmy mieć pewność, że w przyszłości nikt, kto usiądzie za kierownicą tego Mercedesa, nie będzie musiał się już niczym martwić.
Najważniejszy moment miał miejsce wtedy, kiedy dziadek stanął obok samochodu
Efekt był niesamowity – projektem zaczęli interesować się także moi znajomi, z którymi na co dzień utrzymuję kontakt głównie przez internet. Co weekend przyjeżdżali i dłubali razem z nami przy Beczce, dorzucając swoje pomysły i umiejętności, a tym samym pchając projekt ku końcowi.
W pewnym momencie mieliśmy już poczucie, że najtrudniejsza część jest za nami. Wszystko było złożone, więc wydawało się, że zaraz po prostu ruszymy dalej. Szybko okazało się jednak, że to jeszcze nie koniec – samochód nie chciał ruszyć, co przez chwilę obudziło w nas myśl, że mogliśmy coś źle zrobić. Trzeba było jeszcze raz wrócić do problemu i poskładać wszystko tak, jak należy. Kiedy w końcu silnik zaskoczył, nie padły wielkie słowa – była po prostu ulga i charakterystyczne niedowierzanie, że naprawdę się udało.


Wtedy już wiedzieliśmy, że jesteśmy prawie gotowi, aby pokazać Mercedesa dziadkowi. Z racji tak dużego projektu nie chodziło mi tylko o krótki przejazd wokół bloku. Zdecydowanie bardziej czekałem na moment, w którym to dziadek sam będzie chciał wyruszyć w trasę – choćby nad morze, do naszej rodziny.
W międzyczasie udało mi się zaprezentować auto moim kuzynom, którzy jednogłośnie stwierdzili, że wszystko w tym samochodzie jest dokładnie tak, jak w naszym dzieciństwie. Dzięki nim udało się namówić dziadka na wycieczkę. Jedyne, czego nie wiedział, to że zamiast nowoczesnego samochodu pojedzie prawie 50-letnią Beczką, której nie widział od ponad 20 lat.
Najważniejszy moment miał miejsce wtedy, kiedy dziadek stanął obok samochodu. W jednej chwili wszystkie plany, godziny spędzone w garażu i każdy drobny kompromis przestały się liczyć. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że nie widzi tylko starego Mercedesa, ale coś, w czym od razu znów poczuł się jak u siebie. Jeszcze ciekawsze było jednak to, co wydarzyło się chwilę później. Kiedy dowiedział się, że nad morze pojedziemy właśnie tą Beczką, początkowo nie był przekonany, że powinien usiąść za kierownicą. Zakładaliśmy, że jeśli już poprowadzi, to najwyżej przez godzinę. Tymczasem po chwili wyglądało to tak, jakby zaraz miał odjechać bez nas. Ostatecznie przejechał tym Mercedesem pięć godzin i praktycznie nie chciał oddawać kierownicy, a ja przez całą drogę siedziałem na tylnej kanapie i patrzyłem, jak bardzo przywołuje to w nim dawne wspomnienia.
Ten samochód zawsze będzie częścią cudownych
wspólnych wspomnień
wspólnych wspomnień


Po wszystkim pozostało mi poczucie, że udało się stworzyć coś więcej niż tylko jednorazową niespodziankę. Ten projekt stał się dla naszej rodziny pamiątką, do której będziemy jeszcze długo wracać. Dopiero po publikacji materiału zrozumiałem, że historia poruszyła ludzi nie przez sam samochód, lecz przez to, co mogli w niej odnaleźć własnego. W komentarzach pojawiały się opowieści o dziadkach, wspólnych pasjach, niespełnionych planach i relacjach, które dla wielu znaczą więcej, niż potrafią wyrazić na co dzień. I chyba właśnie w tym tkwi największa wartość – najprostszy gest potrafi przywołać wspomnienia i emocje, które zostają z nami na długo.
Cały ten projekt i cała trasa uświadomiły mi jedno: ten samochód zawsze będzie częścią cudownych wspólnych wspomnień – moich, kuzynów, a przede wszystkim mojego dziadka. Wiem, że przeniesienie się w czasie do tych chwil jest bardzo trudne, ale jeśli naprawdę się postarasz, istnieją sposoby, by to zrobić.