WEEKENDOWY PODRÓŻNIK

Gaz na Niedźwiedzie - co czeka nas w Beskidzie żywieckim
Platformy streamingowe zalały seriale kryminalne o dziczy. Dzicz na Netflixie czy Maxie jest mroczna, a Bohaterowie jeżdżą pikapami w rozsypce albo konno. To amerykańskie „wilderness”, Wersja westernów XXI wieku. Czy Beskid Żywiecki ma w sobie streamingowy dreszcz?
W domu zaczęliśmy oglądać serial „Dzikość” (Untamed) na Netflixie. Eric Bana, znany z „Monachium” ze zdjęciami Janusza Kamińskiego, a w reżyserii Stevena Spielberga, gra przeoranego przez życie i alkohol agenta federalnego, który próbuje rozwiązać sprawy morderstw w Parku Narodowym Yosemite. Muszę uważać, co piszę, żeby nie spoilerować. Są oczywiście w tym serialu przestępcy, dzika natura, trójwymiarowe postacie, jednocześnie dobre i złe, złe i dobre. Są góry, łąki, kojoty i konie, byłe żony i abuzywni mężowie. Są też bardzo poprawne zdjęcia, dialogi, podróże w przeszłość, ale na szczęście bez użycia DeLoreana. Pierwsze odcinki wyreżyserował Thomas Bezucha, który był w przeszłości producentem „Fargo”. Zna się chłop na dusznym klimacie małych, zimnych miasteczek.
Na nasz wyjątkowy wolny weekend pojechaliśmy na południe Polski, żeby pobyć w naturze, a przy okazji sprawdzić, jak polski Beskid wypada w porównaniu z dziczą z Netflixa. Tak naprawdę ten Beskid jest nam dobrze znany, ale i tak chcieliśmy spojrzeć na naturę w mglistej i mokrej wersji. To jest głównie deszczowe lato. „Lipcopad” – zasłyszane ggdzieś określenie bardzo mi się spodobało. Zwykle o tej porze roku jeździmy na rowerach szosowych, które na mokrym mają dużą „kontuzjogenność”, więc obecnie wybieramy bieganie i łażenie. Chodzi przecież o to, żeby się ruszać i nie uszkodzić bardziej, niż robi to PESEL.

Po dojechaniu na południe Polski, mijając Żywiec, nie mamy już wątpliwości, że pogoda jest wszędzie taka sama. Średnio ciepło, ale za to mokro. Szczyty Beskidu są łagodne, zielone, nie przypominają w niczym poszarpanych, ostrych, ciemnoszarych pasm tatrzańskich ani El Capitan z Yosemite. Są niskie, więc mogą być zielone i liściaste, nie tylko iglaste – jak na Podhalu. Górna połowa beskidzkich pasm spowita jest bardzo filmową mgłą. Kłębiące się chmury nie pochodzą jednak z palonych opon, jak w Zakopanem, lecz po prostu z nieba. Dziwne rozwiązanie, ale taka jest lokalna tradycja. Należy pamiętać, że palenie gumy szanujemy, ale palenia opon – już nie.
Strava, kijki i buty podejściowe. Strava to taki nasz seniorski dziennik pokładowy, zapisujący aktywności fizyczne. Tętno, te sprawy, ale i kalorie. To wyznacznik, ile można zjeść kaszanki z szarlotką w ramach regeneracji i wsparcia emocjonalnego podczas suspensowych scen w naszym właśnie rozpakowanym serialu.


Suspens, jak wiadomo, to scena, w której widz już wie, a bohater jeszcze nie. My nie wiemy, czego nie wiemy, więc idziemy. Zostaniemy uświadomieni o tym dopiero za chwilę.

K9K
Lubię ten minimalistyczny lokalny styl motoryzacyjny – lokalsi jeżdżą, czym się da, byleby miało napęd na cztery koła, no i czasem reduktor. Włoska tradycja, trochę podhalańska, każe jeździć Pandami 4x4 obojętnie której generacji. Bardzo lubię to rozwiązanie. Beskid kocha jednak Dacię Duster. Kocha, bo to idealny pojazd cenowo i napędowo. Bardzo mało zawodny wóz z wypróbowanym w wielu platformach silnikiem 1.5 dCi. Nawet w mercedesowskiej klasie A, którą na szklance ropy można objechać pół kraju. Legendarna jednostka K9K, którą jak się rozsypie, co jej się zresztą niezmiernie rzadko zdarza, można kupić na Allegro za 2000 zł jako używaną część zamienną. Dacie Duster obsługują jednak komunikację między wsiami, które często są osadzone na przeciwległych stokach tej samej doliny. Teściów z Kiełbasówki widzi się dobrze z Soblówki, ale żeby do nich dojechać, potrzeba pół godziny. Do tego właśnie służy Duster.
Leśnik
Ci, którzy mogą i chcą jeździć po szlakach, zaopatrując schroniska czy dbając o zwierzęta, muszą korzystać z pikapów. Nie są to kulturowe elity tych aut, jak Hilux czy filmowe F-150. Isuzu D-Max, Nissan Navara i oczywiście, Mitsubishi L200 to lokalna flota, nierzadko zabezpieczona strukturą Raptor. Leśnicy nie korzystają z Subaru Foresterów. Silnik EJ20 dźwiękiem panewek płoszyłby zwierzynę. Samochód, którego wygląd uwielbiam, a często spotykam w Beskidach, to Vitara pierwszej generacji. Oczywiście, krótka, z metalowym dachem. To rodzaj górskiego Cinquecento. Zresztą i Cinquecento, i Seicento żyją na południu i mają się dobrze. Bez napędu na cztery koła, a pewnie też i badania technicznego, ale za to ze znikomą wagą i wysoką dzielnością morską, tak potrzebną do pokonywania fal opadów śniegu.

Kapsaicyna
Wracając do naszej wycieczki na Rycerzową – znamy tę trasę dobrze i idziemy jak po sznurku. Na szlaku jesteśmy sami, przynajmniej tak nam się wydawało. Mija nas Isuzu D-Max wiozące drewno na budowę miejsca obchodu święta Matki Boskiej Zielnej. Jest to polsko-słowacka inicjatywa, usytuowana dokładnie na granicy dwóch państw. Społeczności słowacka i polska żyją tam w symbiozie. Naturalnie odrębność jest oczywista, ale współpraca okazuje się dobra i stała bez względu na to, czy to budowa ław na szlaku, kapliczki, czy akcja ratunkowa GOPR-u. Tak samo jak ludzie, także i niedźwiedzie nie czują granic. Naszą wycieczkę zawrócił leśniczy, który ewidentnie nie chciał mieć kłopotu z naszymi zwłokami i odradził dalszą drogę w kierunku schroniska na Rycerzowej. Oczywiście, poradził, żeby puścić starca przodem, czyli mnie, i dać tym samym reszcie czas na ucieczkę. Nie zgodziłem się. Warto mieć przy sobie miotacz kapsaicyny w postaci gazu na dzikie zwierzęta. Kapsaicyna to związek, który odpowiada w papryczkach chili za ich ostrość. Jej moc jest mierzona w skali Scoville’a. W przypadku gazu na zwierzęta jest to na przykład 40 000 SHU (Scoville Hotness Unit) i może pomóc podczas spotkania z niedźwiedziem brunatnym. Do tego dzwoneczki przywieszone do plecaka i ewentualnie słoik z miodem, żeby mu zostawić, a samemu powoli oddalić się w celu zmiany bielizny. Nie jestem ekspertem od niedźwiedzi, więc na pewno warto sprawdzić w wiarygodnym źródle sposoby zachowania się w razie spotkania tego wielkiego, ryczącego i śmierdzącego sukinkota. Niedźwiedzi brunatnych w chwili, kiedy to piszę, jest naprawdę mnóstwo. My żadnego nie zobaczyliśmy, ale za to usłyszeliśmy. To brzmienie o wiele bardziej przerażające niż piłowany na warszawskiej ulicy nocą Mustang V8. Przez chwilę fantazjowaliśmy, co to może być za dźwięk, ale po chwili nie było już wątpliwości. Wyparcie przestało działać.
Gaz i uaz
Gaz i Uaz też są obecne jako woły robocze. Nie jestem koneserem gatunku. Wolę spotkanie z niedźwiedziem niż z tą dwójką. Nie tylko ze względu na pochodzenie, bo Nivę lubię. Te auta brzydko pachną historycznie i technicznie. Często przemieszczają się dzięki przeszczepionym dieslom z Mercedesa W124, czyli „beczki”. Tarpan też nie należy do moich ulubieńców i jest gatunkiem wymarłym na tych obszarach. Myślę, że górska wilgoć parująca z łąk znalazła sobie najkrótszą drogę przez podłogę Honkera do nieba. Być może w warunkach KFOR-owskich (Kosovo Force) miały lżejsze życie w cieple i słońcu.

Z punktu A do B
Auta spotykane na południowym skraju Polski mają przejechać z punktu A do B, gdzie punkt B jest o ok. 650 m wyżej od punktu A, a w lini prostej znajduje się bardzo blisko, bo w odległości kilku kilometrów. Droga jest błotnisto-kamienną mazią, przypominającą w konsystencji lody ciasteczkowe z kawałkami czekolady. Te auta nie mają zestawów ledowych na dachu ani wyciągarek z przodu i z tyłu. To przecież domena warszawskich pikapów. Dość wąska opona wsparta reduktorem i wieloletnim doświadczeniem jest doskonałą mieszanką. Podejrzewaliśmy to od dawna, ale baliśmy się głośno powiedzieć – seryjne auto bez przeróbek doskonale poradzi sobie w trudnym terenie, pod górę, z góry, z towarem, w błocie i śniegu. I nie musi mieć kanistrów na dachu na odległość 5 km. No i taki wóz ochroni przed niedźwiedziem. A ten wyraźnie był obok, dał przecież znać przeraźliwym rykiem. Ekipa serialu „Dzikość” miała na planie człowieka odpowiedzialnego tylko za ochronę przed niedźwiedziami. Ochronę członków ekipy, ale i niedźwiedzi przed ekipą. Do takiego spotkania jednak na szczęście dla jednych i drugich nigdy nie doszło. Eric Bana jednak bardzo żałował. My trochę też.

