weekendowy podróżnik
Truskawiec. Wojna zmienia wszystko

To miał być zupełnie inny tekst od tego, który zaraz przeczytasz. Miał być o tym, że do Ukrainy warto, a nawet trzeba jechać choćby dziś, bo to kraj na tak wielu płaszczyznach ciekawy, tak różnorodny i dla nas, Polaków, w obecnym czasie przyjazny, że grzechem byłoby z możliwości podróżowania po nim nie skorzystać.

Marcin Wojdak
Tym bardziej że proces zachodzących tam zmian (celowo pomijam na razie temat wojny), czyli wchodzenia w zachodnioeuropejską nowoczesność, a zarazem pozbywania się pozostałości po sowieckim systemie, jest równie dynamiczny, jak u nas, tylko przesunięty w czasie o dobrą dekadę, a może nawet i dwie.
Ukraina to dla osób lubiących powojenną modernę prawdziwa żyła betonowego złota. Do tego dokłada się sposób, w jaki te wszystkie wspaniałości można oglądać, czyli miks znanego tym, którzy pamiętają jeszcze PRL, załatwiania, dogadywania się i omijania procedur – to istotny dodatkowy atut. Pokazuje ludzki pierwiastek w strukturze oficjalnego systemu, który na Zachodzie skutkuje tym, że jeśli czegoś nie wolno, to – choćby nie wiem co – wolno robić nie będzie. A tu wszystko pływa w mętnej, nieprzejrzystej wodzie.
Marcin Wojdak
Ukraina jest też bardzo tania. Noclegi, knajpy, paliwo – wszystko to kosztuje znacznie mniej niż w Polsce. Jednocześnie dostępność takich usług, jak płatności kartą, bankomaty, internet, niewiele odbiega od naszych standardów.
Marcin Wojdak

Zajęcia z tańca towarzyskiego pozwalają choć na chwilę zapomnieć o toczącej się w tym kraju wojnie.

Marcin Wojdak

Ukraina to dla osób lubiących powojenną modernę prawdziwa żyła betonowego złota.

Niestety, wojna zmienia wszystko. A już na pewno odpowiedzialność za słowa pisane w takiej relacji jak moja. Bezpieczeństwo i poczucie bezpieczeństwa to bardzo subiektywne sprawy. Dlatego choć w Ukrainie czułem się bezpiecznie i tak też odbierałem otaczającą mnie rzeczywistość, to jednak zachęcać do odwiedzenia tego kraju nie będę. Nie w oficjalnym obiegu. Będę natomiast pisać, że jest tam super, że warto wspierać lokalne biznesy wydawanymi na miejscu pieniędzmi, że inaczej odbiera się rzeczywistość, kiedy jest się tam, a inaczej, gdy czyta się wiadomości w skrajnie spolaryzowanych międzynarodowych mediach. Jednak decyzję dotyczącą tego, czy tam teraz jechać, czy nie, każdy musi podjąć sam.
Ja pojechałem. Moim celem był Truskawiec. Słynne uzdrowisko położone raptem półtorej godziny drogi na południowy wschód od Lwowa. Poza radarem głównych działań wojennych. Gdyby nie porozwieszane na budynkach informacje o schronach przeciwlotniczych, mógłbym pomyśleć, że znalazłem się w trochę większej Krynicy-Zdroju. W mieście panuje niemal identyczna senna atmosfera, rytm dnia wyznaczają godziny wykonywania kolejnych zabiegów leczniczych, a ulubionym miejscem spotkań jest natomiast główna pijalnia wód mineralnych. O ile jednak ta w Krynicy wciąż działa, o tyle jej truskawiecki odpowiednik w postaci fantastycznej przeszklonej rotundy, powstałej pod koniec lat 60. ubiegłego wieku, stoi pusty. Próbowałem dostać się do jego wnętrza, sfotografować kręcone schody prowadzące na antresolę, całą infrastrukturę techniczną do pompowania wody, ale niestety, wszystkie potencjalne wejścia były szczelnie zamknięte. Zresztą ten motyw powracał w wielu odwiedzonych przeze mnie opuszczonych miejscach w Ukrainie, zdecydowana ich większość była bardzo dobrze zabezpieczona. Niby państwo ledwo funkcjonuje, wojna angażuje całość jego ludzkich zasobów, a ktoś jednak o takie miejsca dba. Nie jest tu łatwo uprawiać urbex.
Bardzo łatwo można się natomiast dostać do wciąż działających obiektów. Nawet tych, do których wejście z ulicy powinno być teoretycznie niemożliwe, jak na przykład sala balowa domu kultury podczas trwających w niej lekcji tańca towarzyskiego. Trzeba było zagadać ochroniarza i powiedzieć mu, że jako wielki fan architektury chce się tylko zrobić kilka zdjęć. Potem wystarczyło poczekać, aż strażnik przekaże tę prośbę pani kierownik, a ta po wysłuchaniu ochroniarza i tak poprosiła o powtórzenie tego samego raz jeszcze, tyle że własnymi słowami. Dalej było już z górki. Pani kierownik powiedziała, że decyzję w takich sytuacjach podejmuje dyrektor placówki i ona musi mu to wszystko, co przed chwilą dwukrotnie usłyszała, powtórzyć. A potem powtórzyć muszę to ja, już sam. I tak po półtoragodzinnym chodzeniu od pokoju do pokoju i powtarzaniu w kółko tej samej prośby miałem cały budynek dla siebie. Klatkę schodową porośniętą gęstym pnączem, foyer tak wielkie, że mogłoby odgrywać rolę sali koncertowej, i wnętrza wspomnianej wcześniej sali balowej, w której trwały akurat lekcje tańca. Wszystko to w oryginalnym wystroju, pięknym świetle i klimacie rodem z recitali Ałły Pugaczowej.
Marcin Wojdak
Podobną procedurę musiałem przejść w sanatorium Dzerelo, żeby zobaczyć mozaikę zdobiącą jedną ze ścian krytej pływalni. Godziny załatwiania, rozmawiania, chodzenia między pokojami, żeby potem przez 15 minut zrobić kilka zdjęć basenu ze spuszczoną wodą. Brzmi jak opis straconego czasu, ale to tylko pozory. W końcu to też jest element postsowieckiej tożsamości, dziedzictwo kulturowe ery niekończących się procedur i wymagania pozwoleń vel kwitów na każdą niemal okoliczność. Takie załatwianie spraw idealnie uzupełnia doświadczenie, którym jest znalezienie się w strefie wpływów byłego Sojuzu. Dlatego też nie mogłem nie sfotografować czerwonej Łady stojącej na tle smutnego szarego bloku z praniem wywieszonym na balkonach, czy też charakterystycznego wagonu kolejowego czekającego na odjazd z głównego dworca w Truskawcu. To także są elementy radzieckiej popkultury. Wciąż obecne, ale wraz z upływem czasu znikają w zastraszającym tempie. Dlatego mimo wojny i całego ryzyka z nią związanego będę wracać do Ukrainy. I to nie raz.
Marcin Wojdak


Czytaj więcej