PODRÓŻE
W stronę lodu - podroż do Norwegii

Norwegia zimą ma w sobie coś hipnotycznego: surowość, bezkres i ten kojący niepokój, który każe jechać dalej, choć zdrowy rozsądek od dawna sugeruje zawrócić. Pakujemy się więc do VW Californii, kupujemy bilety na prom, w drogę zabieramy trochę odwagi, nieco głupoty i dużo gorących napojów.

Adam Brzuszkiewicz
Resztę napisze mróz, a wraz z nim ciemność oraz – jak się okaże – nordycki bóg psikusów, który chyba wyjątkowo lubi kampery.
L’appel du vide
Ciemność. Świat bez horyzontu. Przestrzeń pozbawiona punktu odniesienia. Bez niego trudno ocenić własną pozycję. Mam tu na myśli bardziej pozycję siły niż współrzędne GPS, choć z drugiej strony – kto chciałby zgubić się w trakcie zimowej nocy na Morzu Bałtyckim? Dźwięk mocy unosi się w powietrzu, podbity wonią palonego mazutu. Pokład drży. Wjeżdżając na część wyznaczoną dla samochodów, miałem przekonanie, że prom „Skania” to solidna konstrukcja. Gdy jednak punkt odniesienia zmienia się z zaparkowanej ciężarówki na bezkresną otchłań mroku i chłodu, pierwotne poczucie stabilności zaczyna zanikać.
Czerwone dno kadłuba „Jana Heweliusza” na ekranie telewizora marki Neptun (o ironio!) wraca do mnie jak niepokojące wspomnienie z dzieciństwa – jeszcze sprzed czasów serialowej gorączki. I to uczucie: zwieszasz głowę nad barierką, patrzysz w spienione, złowrogo czarne fale. L’appel du vide – zew otchłani. No, ale przecież nie wskoczę. Jedziemy na wakacje…
Adam Brzuszkiewicz
Adam Brzuszkiewicz
Adam Brzuszkiewicz
Hyta na kółkach
Alternatywa dla krótkiego wypadu do jednego z europejskich miast? Kilkudniowa podróż, która gwarantuje, że na pewno nie odpoczniesz. Najpierw należy wybrać odpowiedni kierunek i środek transportu. O tej porze roku – oczywiście, Norwegia. Do Świnoujścia, potem z Ystad na północ – a jakże – Volkswagenem Californią. Ponieważ zawsze dbamy o szczegóły, wybieramy wiele obiecujący wariant Ocean. Nasz „surferski” wehikuł wyposażony jest przede wszystkim w webasto, ale trudno zaprzeczyć, że podróżowanie tym autem ma też sporo innych zalet.
Koszty wyjazdu? Regulujesz je jeszcze w Polsce. Pełny bak, pełna lodówka, zapas rozgrzewających napojów i hyta na kółkach. Co może pójść nie tak?
Złe dobrego początki
Pomysł pojawia się niczym ochota na śledzia – nagle, niespodziewanie i nie ma sensu z nim walczyć. Kupujemy bilety na prom kursujący na trasie, którą wyznaczają wszystkie polskie morskie katastrofy. Zuchwale – w obie strony. 1100 zł. Pożyczamy od znajomego wóz Drzymały za parę stówek za dobę (są też bardziej profesjonalne opcje).
Wcześniej jednak trzeba jeszcze zaliczyć rodzinne święta, szampańskiego „Sylwestra z Jedynką”, tym samym dopiero 2 stycznia o godzinie 23.00 wychodzimy z portu. W Ystad meldujemy się następnego dnia o 13.30. Wita nas śnieżyca.
I tutaj mały tutorial dla ludzi, którzy unikają kłopotów: przed wyjazdem na mroźną Północ autem, które ma w nazwie „California”, upewnij się, że w zbiorniku jest zimowy płyn do spryskiwaczy.
Droga do Göteborga udowodniła nam, że widoczność jest przydatna, ale nie niezbędna. Co ciekawe, zima zaskoczyła również szwedzkich drogowców. Po 325 km, podczas których minęliśmy dziesiątki samochodów różnych rozmiarów w przydrożnych rowach, docieramy do miasta i tam rozpoczynamy walkę z zamarzniętymi dyszami spryskiwaczy. Dwie godziny polewania gorącą wodą i psikania odmrażaczem do zamków później możemy jechać dalej.
W międzyczasie dociera do nas kojąca myśl: brak planu oszczędza rozczarowań. Jedziemy więc na mroźną, arktyczną Północ, nie wiedząc dokładnie dokąd. I w sumie – w jakim celu.
Adam Brzuszkiewicz
Adam Brzuszkiewicz
Adam Brzuszkiewicz
Postępująca dewikingizacja
Brak konspektu nie pozbawia nas jednak marzeń. Snując wyobrażenia o tym wyjeździe, widzieliśmy Californię w trybie full adventure mode – z podniesionym dachem, u stóp jakiegoś pięknego, skute­go lodem fiordu, a nie na przydrożnym parkingu. Niestety, początek stycznia na północ od Oslo oznacza jedno: szybko robi się ciemno, co przy okazji komplikuje zadanie odnalezienia wspomnianego fiordu.
Na mapie fiordy łatwo znaleźć. W rzeczywistości to czarna pustka za szyba­mi. Jedziemy więc w kierunku wody wcinającej się klinem w poszarpany ląd. Mijamy małą miejscowość, skręcamy w podrzędną drogę, potem kolejną i jeszcze jedną. Jesteśmy w lesie, ciemność gęstnieje, nawigacja pokazuje fiord po lewej. Rano nordyccy bogowie wynagrodzą nam ten heroiczny wysiłek.
W lewo, przez otwarty szlaban. Kilkadziesiąt metrów dalej z ciemności wyłania się stary Norweg. Informuje nas, że to teren prywatny, mamy wrócić za szlaban, który zamknie na wypadek, gdyby ktoś jeszcze miał podobny pomysł do naszego. Radzi, bym zjechał na dół i zawrócił koło jego domku, bo tu ciasno i szkoda manewrować.
Stromo – myślę. Jednak to Norweg, potomek wikingów, wie zatem, jak się jeździ po śniegu. Cóż, nie wiedział.
W dobrobycie naród norweski ulega postępującej dewikingizacji. Mogłem przecież zejść i sprawdzić, ale kto by nie ufał wikingowi na jego własnym zboczu? Mogłem też założyć łańcuchy, które kupiłem z wyprzedzeniem w Polsce. Ale po co – spróbuję!
Kilka sekund później Volkswagen California stoi w poprzek drogi na stromym zboczu, koła zakopane do połowy wysokości, tył oparty o choinki, przód w rowie. Katalog rozwiązań drastycznie się zawęził. Norweg za to stoicko wzburzony. Przynosi łopatę i worek piachu. Wyciągam łańcuchy. Po trzech godzinach dzięki temu, że nasz półwiking zostawił swoje Audi quattro na górze, zjeżdżamy. Lądujemy na najbliższym parkingu. Jest -25°C.
Promyk nadziei
Na pulpicie Californii świeci już wszystko, co mogło. My – lekko porażeni wydarzeniami – otwieramy coś na rozgrzewkę i szukamy fiordu, którego dotąd nie znaleźliśmy. Znajdujemy za to… autoryzowany serwis Volkswagena.
Plan zakładał zjazd do Lysebotn – 27 serpentyn, 900 m w dół. Bez ABS-u i kontroli trakcji brzmiało to jak prolog do kolejnego odcinka programu „Katastrofa w górach”.
Kierownik serwisu VW w Notodden wita nas z pobłażliwością. Zaklinam go, żeby niczego nie naprawiał, zanim nie poda kosztu. Tłumaczę mu, co dla przeciętnego Polaka oznacza wizyta w norweskim ASO, a on z łagodnym uśmiechem i łamaną polszczyzną odpowiada: „Będzie dobrze”.
Matko i córko! Jesteśmy uratowani. Trzy godziny później ruszamy dalej z pełnym pakietem bezpieczeństwa. Pytamy o koszt. Słyszymy jedynie: „Enjoy the Norway”.
Enjoying the Norway
Jedziemy w kierunku Lysebotn. Kolejny dzień się kończy. Zatrzymać się gdziekolwiek – nie sposób. Kilka godzin i kilkanaście serpentyn później znajdujemy boczną dróżkę, idealną na nocleg. Ognisko, wino, webasto. I wciąż -25°C.
Rano ruszamy dalej. Śniegu z każdym kilometrem przybywa. Z kolei droga… znika. Jest sezonowo zamknięta. Przed nami hałdy śniegu jak mury obronne. Zimą do wioski można dostać się tylko promem.
Idziemy na bardzo mroźny spacer i żegnamy się ze zgliszczami zaimprowizowanego naprędce planu. Kierujemy się w stronę Stavanger i Bergen. Może tam uda się podejść pod jakiś turystyczny klasyk: Trolltungę albo Preikestolen.
Wjeżdżamy do tunelu. Po drugiej stronie – niespodzianka. Fiord i rybacka wioska. Wygląda jak miejsce, którego szukaliśmy od początku. Przypomina to teleport z lodowej tundry i krainy wiecznego lodu do skrzącego w słońcu świata niebiesko-zielonkawej trawy i czarnych, zmrożonych skał.
Następnego dnia rezygnujemy definitywnie ze wszelkich strzępów planowania. Robimy to, co wychodzi nam najlepiej – szwendamy się. Objeżdżamy okoliczne fiordy, wyspy, wioski, przystanie. To niesamowite, ile lodu może utrzymać jedno źdźbło trawy. Jak szadź iskrząca w słońcu odgrywa mokry sen pana Svarowskiego. Rybackie osady niczym wyjęte z nordyckich mitów. Czerwone i żółte domki, łódki, łodzie, motorówki. Norwegia wbijała nam lodowate szpilki w dłonie i policzki. Tak surowa, tak zimna, tak piękna. Błąkając się bez celu, kontemplując skrzypienie siarczystego mrozu i pakując się w kolejne tarapaty, jakby sam Loki – bóg oszustw i podstępów – siedział na tylnej kanapie i świetnie się nami bawił, poznaliśmy tę krainę bez odwiedzenia ani jednego miejsca z przewodnika.
Czy California się sprawdziła? Cóż, dwie dorosłe osoby zamknięte w busie w arktycznych warunkach to historia nieustannego przekładania rzeczy z miejsca na miejsce. Spaliśmy na dole, szczelnie zamykając górną sypialnię. Auto nie wybaczało błędów, ale skutecznie nauczyło nas ich unikania.
Czy zimą warto jechać do Norwegii kamperem? Tak. Dobrze zorganizowany zespół odhaczyłby pewnie trekkingi i klasyczne turystyczne szlagiery. My – w naszej tułaczce – spróbowaliśmy sobie wyobrazić, jak wyglądałaby prawdziwa arktyczna wyprawa. I nabra­liśmy na nią ochoty.
Adam Brzuszkiewicz
Statystyki wyjazdu:
• łączny dystans: 3700 km • noclegi: 1 na promie, 4 w Californii
• uczestnicy wyjazdu: 2 osoby • przeprawy promowe: 5 (łącznie z Bałtykiem) • temperatura na miejscu: od -15 do -30°C
Koszty:
• prom: 1100 zł • wypożyczenie auta: 3000 zł • zakupy spożywcze: 1200 zł • wydatki na miejscu: 500 zł • paliwo: 1800 zł • razem: 7600 zł
Check lista:
• dobre zimówki • łańcuchy • płyn do spryskiwaczy • łopata
Pro tipy:
• Webasto daje radę w ekstremalnych warunkach – nie potrzeba nawet zimowego śpiwora.
• Większość przepraw promowych w Norwegii jest darmowa.
• Niektóre przejazdy (tunele, mosty) mogą być płatne.
• Większość terenów dostępnych dla osobowego auta na fajny camp to prywatne posesje – w Norwegii działa Allemansrätten (prawo do nocowania na dziko wszędzie, nawet na prywatnych posesjach), ale w praktyce na południu tereny są często ogrodzone, a Norwegowie pozostają powściągliwi (mamy lepsze doświadczenia ze Szwecji).
• Norwegowie wydają się coraz bardziej zmęczeni kamperami – rośnie liczba zakazów nocowania, nawet na parkingach).
• W razie potrzeby ratownictwo medyczne w Norwegii jest darmowe
(nawet akcja z użyciem helikoptera – tym razem nie korzystaliśmy, ale warto pamiętać na wszelki wypadek i wzywać pomoc bez stresu).


Czytaj więcej