MISTRZOWIE RZEMIOSŁA

Kobieta za ladą
Z marzeniami czasami bywa tak, że choć od podstawówki chcecie Fiata Dino, to trafia się Wam Maluch po dziadku. I wtedy, po początkowym niesmaku, okazuje się, że wcale nie jest taki zły, a właściwie to całkiem spoko. Dokładnie tak było ze sklepem pani Ewy, który właśnie skończył 40 lat.
Wszystko zaczęło się w dzieciństwie (Zygmunt Freud znacząco chrząka w tle) od zabawy w sklep. I właściwie mógłbym napisać, że ta zabawa trwa do dziś, ale przecież nie to chcecie przeczytać.
x

x
Cofnijmy się więc w czasie do lat 80. Rodzice pani Ewy są akwizytorami różnych towarów, a ona marzy o sklepie. I to nie byle jakim: 1001 drobiazgów. „Groch, mydło i powidło. To było wtedy bardzo modne” – wspomina. Trafił się lokal i wydawało się, że już wszystko pójdzie gładko. Nie zapominajmy jednak, że ówczesny system patrzył nieprzychylnie na prywatną inicjatywę. Zebrała się komisja osiedlowa, która musiała przyklepać nowy biznes. Zaczęło się cmokanie, kręcenie nosem i z ust trzech smutnych panów padło: NIE. Takiego sklepu to nie. Może być motoryzacyjny. „Byłam załamana” – mówi wprost pani Ewa. „Ani ja, ani mój mąż anglista nie mieliśmy żadnych dojść do takiego asortymentu” – dodaje. Finalnie udało się wynegocjować asortyment motoryzacyjno-elektrotechniczny, a sklep ruszył 5 czerwca 1985 r.
Właśnie – dojścia. Jak wspomina pani Ewa, wtedy w prywatnym sklepie nie sprzedawało się części fabrycznych z FSO czy FSC. Wszystko bazowało na produkcji rzemieślników. Szczęśliwie jeden z nich mieszkał po sąsiedzku. Produkował doskonałe (a przynajmniej jakkolwiek dostępne) grzałki do wody, lokówki i „słoneczka” do ogrzewania mieszkań. Towar szedł jak ciepłe (he, he) bułeczki, a klienci zapisywali się na kolejne dostawy. Dziś brzmi to dość absurdalnie, ale tak było. Gdy pani Ewa stała za ladą, mąż jechał do Wieliczki, bo tam produkowali halogeny, okrągłe i prostokątne. A halogeny szły na Węgrzech, więc klienci już przebierali nogami, żeby je kupić i wieźć nad Dunaj.

Robert Kaniewski (@Robertsvibez)

Robert Kaniewski (@Robertsvibez)
Egzystencja takiego sklepu opierała się na zeszycie, w którym były kontakty do rzemieślników. Na szczęście pani Ewa znała Andrzeja i Danka, którzy już wcześniej prowadzili podobny biznes i pozwolili spisać kilka cennych namiarów. I tak w sklepie pojawiały się kołpaki, owiewki, ale też grubsze rzeczy. „Fiat, Polonez, jeszcze wcześniej Syrena i Żuk. To były początki naszej działalności” – wspomina właścicielka. „Syrena miała słabą blachę, więc dobrze szły błotniki przód i tył” – dodaje. Czyli jednak państwo wspierało rzemieślników i sklepikarzy, choćby produkując rdzewiejące samochody…
Przyszedł jednak czas transformacji i aut z Zachodu. Dobrze szły jeszcze akcesoria, jak wszelkie blokady kierownicy, pedałów i skrzyni biegów, ale zapadła decyzja: przechodzimy na motocykle. I tak zostało do dziś. Powiem Wam z własnego doświadczenia, jako że mam motorynkę, Jawę „kaczkę”, Komara (no dobra, Komar jest żony) czy Polo – o wiele bardziej lubię obejrzeć część w sklepie, podotykać i kupić na miejscu niż przez internet. To nie tylko chodzi o to, że nie muszę czekać i wiem, co kupię, ale też dzięki temu może nie będę musiał narzekać: „kiedyś to były sklepy, a teraz nie ma”.
I właśnie w tym momencie rozmowę przerywa klient. Chce kupić „no, te takie plastiki do wariatora”. „Ślizgi?” – doprecyzowuje pani Ewa. „Proszę, komplet 9,50 zł”. Klient płaci i wychodzi. Umówmy się: nie przepłacił. Ale jest i kolejny. Tu grubsza sprawa – cylinder do motorynki. „A jaka średnica? 38 czy 40 mm?” – pada fachowe pytanie zza lady. Są takie i takie, polski produkt, żadne tam Chiny. Klient musi się jeszcze zastanowić. Ale uczciwie trzeba przyznać, że niektórzy są rozczarowani i na widok kobiety w takim sklepie mówią: „eeee, pani to nie wie”. A pani Ewa wie. Ot, taka niezręczność. Wbrew pozorom różnica płci pomaga jednak czasem przełamać lody, niekiedy wręcz pozwala ośmielić nieśmiałych, którzy krępują się choćby nieznajomości fachowej terminologii. Przy takiej sprzedawczyni mogą poczuć się swobodnie.

Robert Kaniewski (@Robertsvibez)
Pytam więc, czy z perspektywy czasu decyzja o związaniu się ze sklepem była dobra. „Jestem zadowolona. Kokosów na tym nie zrobiliśmy, ale nie ma co narzekać” – pada szybka i szczera odpowiedź. Bo teraz zdecydowanie są plusy. W styczniu, lutym, gdy zainteresowanie jednośladami słabnie, sklep jest zamknięty na trzy spusty, a pani Ewa z mężem wyjeżdżają na wakacje do ciepłych krajów. Tak to można żyć.